sobota, 4 czerwca 2016

Rozdział 18: Wyładować swój gniew


Zachęcam także do zapoznania się z wcześniejszym postem  Rozdział 17: Mocne alibi

Tym co trafili tu po raz pierwszy, przypominam, że opowiadanie zaczyna się od postu - Wprowadzenie: Na zły początek

Agent Sambor siedział i rozmyślał, popijając rum, którym poczęstował go jeden z pracowników.
Okropny – skrytykował posmak trunku.
Bo tawerniany – odezwał się William z celi, gdzie zajmował jedną z pryczy i leżał na niej, wgapiając się w sufit, trzymając ręce pod głową.
Wam młodym wszystko jedno co pijecie, byle się uchlać jak świnie. Muszę ci coś powiedzieć, Will. Rupert, przyprowadź go.
Jeden z partnerów agenta Sambora, udał się z kluczami do celi, by wejść po Oldmana. Skrępował chłopakowi dłonie za plecami, za pomocą kajdanek i doprowadził do biurka. Zmusił, by William usiadł, na co ten zareagował nerwowym wypuszczeniem powietrza przez zęby, co wydarło z jego gardła ciche, aczkolwiek agresywne warknięcie.
Skarzą cię na garotę – wyjaśnił Ernest Sambor.
William spojrzał spod byka, w jego oczach nie było cienia żalu, ni strachu.
Wszystko ci już jedno, prawda?
Chyba tak – odrzekł bez zastanowienia.
Jesteś młodszy od mojego wnuka.
William się uśmiechnął.
Za młody, by umierać. Może poznasz kiedyś inną dziewczynę, młodą kobietę, ze swojej sfery i się zakochasz.
Kocha się raz, panie detektywie.
Jeszcze jestem agentem.
Zatem, kocha się raz, panie agencie. Z resztą, nie zdążę się zakochać, sędzia skazał mnie na garotę.
Skarze, jeśli ja zakończę dochodzenie i przedstawię mu dowody. Jeszcze tego nie zrobiłem.
Dlaczego?
Bo ty nikogo nie zabiłeś! – uniósł się.
Jeśli trzeba, się przyznam, to i tak już nie ma sensu.
Twoje przyznanie się do winy, pozwoli prawdziwemu mordercy żyć i być może dalej zabijać. Przyczynisz się tym do śmierci niewinnych osób.
Mój ojciec mawia, że nie ma ludzi niewinnych, każdy ma coś za uszami.
Ty także. Przez rok narobiłeś wiele w kartotece brudu. Alkohol, pobicia, ucieczki, kradzieże. Kradzieże, kradzieże – powtarzał Ernest niczym echo
Nigdy mi ich nie udowodniono, to było tylko domniemanie.
Umiesz kraść Oldman? – zapytał i wpatrywał się w młodzieńca przenikliwym wzrokiem.
Mam się teraz przyznać?
Tak.
By dostać dwa wyroki zamiast jednego?
Willi – rzekł wymownie Ernest. – Williamie, ja nie jestem twoim wrogiem i nie chcę nim zostać. Jutro dostaję pozwolenie na rozpoczęcie śledztwa…
Przepraszam, ale nie znam się na terminologii policyjnej. Śledztwo czy dochodzenie… dla mnie jeden pies.
Nie pyskuj – warknął Rupert i uderzył Willa w bok głowy.
Nie bij chłopaka. Przyda nam się.
A co? Dostaniecie za mnie nagrodę, jeśli będę żywy nie martwy?
William, nie jestem twoim wrogiem. Ty możesz nam pomóc i dzięki temu uniknąć garoty.
Ma to dla pana znaczenie kogo skarzecie? Najważniejsze chyba, że jest według sądu winny.
Ja nie mogę pozwolić, by przestępca chodził wolno! Więc jak było z tymi kradzieżami? – Mężczyzna złożył dłonie w koszyczek, a łokcie położył na biurku.
Dopuściłem się kilku… kilkunas… właściwie to kilkudziesięciu w ostatnich latach. Trzech latach, a w ciągu ostatniego roku było ich najwięcej. Wyprowadziłem się z domu, byłem bez środków do życia, nikt nie chciał dać mi pracy…
Nie tłumacz się. Dla mnie ważne, że nigdy na żadnej kradzieży cię nie złapano. Umiesz być niezauważony. Pomożesz nam, w zamian jest szansa, że unikniesz kary śmierci.
Nie podjąłem jeszcze decyzji.
Chłopie! A co tu jest do podejmowania? Wolisz zginąć?
Czasami umrzeć, to jedyne i najlepsze co można zrobić.
Rupert, wstaw Oldmana do celi. Rozumiem, że nie jest zainteresowany naszą propozycją.
William wstał, gdy Rupert szarpnął go za ramie. Niespodziewanie odskoczył jak oparzony.
Chwila. Ja nie powiedziałem, że nie chcę wam pomóc. Ja tylko nie wiem czy mogę wam pomagać, czy jestem wystarczająco dobry. – Will z pewnością siebie usiadł ponownie na krześle.
Ja mam tylko dwa warunki – przemówił Sambor i pokazał liczbę na palcach. – Żadnych trupów i trzymaj się z daleka od pani Rodrigez.
Pani Rodrigez? – zdziwił się.
Twoja miłość z młodości.
Co to ma z nią wspólnego?
Ta pokojówka, o której śmierć cię podejrzewaliśmy, była zatrudniona w domu Hektora Rodrigeza, męża byłej panienki Montenegro. Teraz to pani Cyntia Montenegro de Rodrigez.
De? Rodrigez? Hiszpan?
Si – odpowiedział żartobliwie Ernest.
Mam się dowiedzieć jak zginęła?
Tak i dowiedzieć się jak zginął Julian Montenegro.
Przecież wiadomo jak zginął.
Nie wiadomo kto mu pomógł. Ktoś zatkał lufę i nikogo nie można skazać nawet za nielegalny pojedynek. Pan jako ktoś z pracowników, przyjrzy się wszystkiemu co podejrzane. To jak kradzież, tylko tym razem kradł będzie pan tylko i wyłącznie informacje oraz dowody.
W domy państwa Montenegro? – Zaśmiał się i pokręcił z niedowierzaniem głową. – Nie zatrudnią mnie tam.
W domu pana Rodrigeza. To apodyktyczny człowiek, nie liczy się z nikim i zdanie innych nic dla niego nie znaczy. Jeśli zdobędzie pan jego przychylność i on pana zatrudni, to nikt nie da rady pana zwolnić, tylko on będzie mógł to zrobić.
Mam zaprzyjaźnić się z mężem Cyntii? Pan kpi? – Williamowi uśmiech niedowierzania nie schodził z twarzy.
Nie chłopcze, nie kpię i wiem, że przyjaźń istnieje tylko między ludźmi o zbliżonym statusie materialnym. On ma zawierzać w pańską lojalność, tyle wystarczy.
Muszę to przemyśleć.
Rupert, zdejmij panu Oldmanowi kajdanki. Obstaw ludzi przy kolejach i wyjeździe z miasta. Nie ucieknie nam.
Nie zamierzałem uciekać – zaprzeczył w chwili, gdy Rupert operował kluczami przy żelastwie, które krępowało jego nadgarstki.
Wolę przedsięwziąć pewne środki ostrożności. – Ernest wstał i podał Williamowi dłoń. – Zatem witaj wspólniku.
Zatem witaj wolności. – William szybko wypuścił dłoń Sambora i chwycił za rum. – Od jutra zacznę, dziś idę do karczmy.
Proszę nie przesadzić z alkoholem, ma pan być pożyteczny.
Tak jest. – William przybliżył dwa palce do skroni, zasalutował i opuszczając koszary, zatrzymał się na moment przy stole prosektoryjnym, na którym leżały zwłoki pokojówki Violetty Molins. – Kiedy panienka Montenegro wyszła za mąż? – zapytał, patrząc cały czas na ciało.
Kilka... – zaczął się zamyślać i odliczać na palcach. – Zimą – w końcu odpowiedział. – Mam w aktach, bo to było w chwili zaginięcia tej… – Ernest już zaczął przekopywać dokumenty, ale William go powstrzymał.
Mamy początki października. Zwłoki są w zadziwiająco dobrym stanie.
Bo nie pływały w wodzie – podał wyjaśnienie Sambor.
Nawet jeśli byłyby zakopane, ich rozkład… – Niespodziewanie spojrzał na agenta. – Albo były przechowywane długi czas w chłodnym miejscu, albo ta kobieta nie zginęła blisko rok temu.
Co ty mówisz, Oldman? – Ernest stanął przy młodzieńcu.
Miałem taki epizod w zakładzie pogrzebowym. Pracowałem chwilę legalnie, nie tylko kradłem – wytłumaczył swoją wiedzę. – Poza tym w dzieciństwie, wraz z Cyntią zakopaliśmy psa, który mi zdechł, a potem go odkopałem, po kilku miesiącach, tylko dlatego, że chciałem na niego spojrzeć ostatni raz. Ten widok śnił mi się długi czas po nocach – dodał ze smutnym uśmiechem i przeszedł do bliższego oglądania zwłok. – Ta kobieta ma złamany kciuk – zauważył.
Może sprawca jej…
Nie. Ma otarcia na nadgarstku, szarpała się z więzami. W końcu chcąc się uwolnić poświęciła palec.
Poświęciła? – zapytał Rupert, zerkając obu mężczyznom przez ramiona.
Tak, wszystkie kajdanki i większość wiązań są krępujące w taki sposób, by nie tamować przepływu krwi, a co za tym idzie, są luźne i dłoń spokojnie, by się przez nie prześlizgnęła. Większość z nas ma dłonie mniejsze od nadgarstka, a kobiety to już w szczególności, jednak kciuk, ta kość. – Pokazał palcem wskazującym na swój lewy nadgarstek i miejsce tuż pod kciukiem. – Ona skutecznie blokuje możliwość wydostania się.
Chcesz powiedzieć, że ta kobieta złamała sobie sama kciuk, by się wydostać?
Chcę powiedzieć, że musiała być bardzo odważna i niezwykle zdesperowana. Jednak nie umarła zimą tamtego roku, umarła... moim zdaniem dużo później.
Byłaby tak długi okres czasu przetrzymywana? Przecież to zwykła sprzątaczka. Komu, by mogło na tym zależeć?
Jak się domyślam, tego to zapewne ja mam się dowiedzieć. – William napił się rumu. – Motyw rabunkowy trzeba wykluczyć. Ma na szyi kosztowny brelok.
My sądziliśmy, że to podróbka, bo…
Bo skąd u pokojówki szczere złoto? – dokończył Oldman. – Pominęliście wiele w swojej pracy. Za bardzo kierujecie się, panowie, uprzedzeniami. – Willi uśmiechnął się z wyższością i opuścił koszary. Idąc w kierunku tawerny popijał rum prosto z butelki i spoglądał w niebo. Cieszył się wolnością, pomimo smutku jaki zagnieździł się w jego sercu.

Kiedy William popijał tani rum w karczmie, niedaleko włości Rodrigeza, Hektor wybiegał przez główne drzwi posiadłości. Wpadł na mężczyznę około czterdziestu pięciu lat, którego włosy lekko przyprószone były siwizną, ale Charlie był blondynem, więc nieszczególnie rzucało się to w oczy.
Rodrigez przystanął i ze zmieszanym wzrokiem patrzył na niewysokiego, i nieszczególnie postawnego, ale pomimo tego niezwykle przystojnego mężczyznę ubranego w granatowe spodnie, białą koszulę, szelki i jesienny, czarny płaszcz bez podpinki.
Charlie!? – zdziwił się i chwycił blondyna za ramiona, poklepał po nich, i wyraźnie ucieszył się na to spotkanie. – Musisz mi pomóc – dopowiedział szybko.
Co znowu nawywijałeś, chłopcze? – zapytał Charlie z dozą żartobliwego tonu w głosie.
Od lat nie jestem już chłopcem. – Hektor pokręcił palcem, po czym wrócił się do posiadłości. Nie zamykał za sobą drzwi, krzyknął tylko na służbę, by wnieśli walizki jego gościa do jednego z wolnych pokojów. – Nie przybyłeś na moje wesele – wypomniał.
Nie mogłem. Bardzo chciałem, ale nie dałem rady. Najważniejsze, że jestem teraz, kiedy mnie potrzebujesz, panie.
Zaginęła moja żona – zaczął Rodrigez, podążając w stronę automobilu.
Ma z tobą dziecko. Wróci do syna. – Charlie uśmiechnął się lekko, jakby chciał tym dodać swojemu szefowi otuchy. Cały czas też podążał krok za Rodrigezem.
Zabrała Marsela – warknął w odpowiedzi brunet.
Twa żona i twój syn... gdzie oni teraz są? Gdzie mamy po nich się udać?
Chciałbym wiedzieć. – Hektor zasiadł na miejscu kierowcy i wcisnął delikatnie kluczyk. Ruszył przed siebie. – Nie mogła odjechać daleko – stwierdził na głos.
Odjechać? Wzięła z sobą szofera? Może miała z nim... – zaczął już gdybać na głos, ale Hektor mu przerwał, słowami:
Nie, Charlie! Nauczyłem ją prowadzić.
Kobietę?
Tak! – ryknął.
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować panu rozsądku.
Nie bądź cyniczny – warknął przez zaciśnięte tak mocno zęby, że jego kości policzkowe się uwidoczniły, pomimo gęstego, czarnego zarostu.
Ma pan racje, panu to zawsze wychodziło lepiej.

Panowie rozpoczęli od przeszukiwania podrzędnych moteli, które mijali po drodze. Z początku zawsze starali się być grzeczni. Wchodzili do recepcji, przedstawiali się i pytali czy przypadkiem nie zameldowała się tutaj kobieta z małym dzieckiem?. Jednak kiedy słyszeli nie udzielamy informacji na temat gości, zazwyczaj, któryś z nich chwytał recepcjonistę za szyję, a drugi brał klucze i sprawdzał każdy z pokojów. Potem wychodzili.
To jak szukanie igły w stogu siana. Nawet nie wiemy czy pojechała tą drogą i w tym kierunku – zauważył Charlie. – Coś ty jej zrobił, że cię okradła nie tylko z siebie i syna, ale i z oszczędności?
Niczego jej nie zrobiłem, Charlie.
Śmiem wątpić, bo kobiety zazwyczaj nie uciekają od mężczyzn bez powodu, a żony od mężów to już szczególnie.
Moja żona jest po prostu wrażliwa. Tam gdzie inni nie widzą problemu i powodu, ona dostrzeże ich setki.
Charlie się zaśmiał.
Musi mieć temperament, by pomimo wrażliwości i...
Możesz przestać i uwierzyć mi na słowo?
Wierzę ci – szepnął Charlie i spojrzał w boczną szybę. Zaczynało kropić i zbierało się na dużą ulewę. – Za co zebrała od ciebie w skórę? – zapytał nagle, po dłuższej chwili milczenia.
Hektor z powodu zdenerwowania aż dał po hamulcach.
Właśnie to ci tłumaczę, Charlie. Nigdy nie zebrała, nie dostała, nawet bury nie otrzymała porządnej. – Klepnął w swoje udo w przypływie irytacji. – Dziś to ulegnie zmianie.
Może lepiej nie – stwierdził, a kiedy Rodrigez na niego spojrzał, wydłużył wcześniejsze zdanie – może lepiej niech nie ulega zmianie.
Hektor ruszył ponownie na przód i pomału zaczynał już tracić nadzieję na odnalezienie żony bez informowania o jej zniknięciu policji, kiedy w oczy rzucił mu się jego własny, biały automobil, ten który przywieźli z podróży poślubnej. Zaparkował.
Wejść z panem? – zapytał Charlie.
Nie, nie trzeba. Sam sobie poradzę, to tylko drobna kobieta. – Rodrigez wysiadł, skierował swoje kroki do recepcji. Przywitał się z wysokim i młodym chłopcem. – Przed waszym motelikiem stoi piękny samochód, chciałbym go kupić, jest na sprzedaż? – zagadnął.
Nie należy do nas, a do jednej z gości, proszę pana.
Jednej? Do kobiety? – udawał zdziwionego.
Tak, proszę pana.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że okradła mnie kobieta. Macie tutaj telefon? – zapytał bez cienia uśmiechu na twarzy. Silił się na powagę. – Chciałbym wezwać policję i zgłosić kradzież.
To zepsuje nasz wizerunek, stracimy klientów. Z resztą, jak to okradła? To nie chce pan kupić?
Na początku kłamałem. Jednak nie chcę nikomu psuć renomy. Czy w takim razie, mogę sam porozmawiać z tą kobietą?
Nie możemy pozwolić sobie na takie zachowanie, musimy dbać o gości…
Hektor wyciągnął z kieszeni kluczyki na złotym łańcuszku, z przypinką zapobiegającą zgubieniu.
To kluczyki pasujące do tamtego samochodu, jeśli pan nie wierzy, proszę sprawdzić. To moja własność i mogę to udowodnić.
Chodźmy na zewnątrz – zaproponował zmieszany, młody pracownik.
Mężczyźni wyszli na deszcz. Rodrigez potwierdził, że biały pojazd naprawdę należy do niego. Wysoki i młody chłopak nie miał już innego wyjścia, jak tylko dać Hektorowi klucz od pokoju, w którym znajdowała się Cyntia z synem.
Parter, na końcu korytarza, po lewo.
Dziękuję. – Uśmiechnął się w sposób niezwykle uprzejmy.

Hektor otworzył cicho drzwi i od razu spojrzał na Marsela, leżącego na środku dwuosobowego łoża. Cyntia stała przy barierkach i opierała o ramę, tyłem do wejścia.
Niczego nie zamawiałam – warknęła, nawet nie spojrzawszy.
Hektor wolnym krokiem się do niej zbliżył, położył swoje dłonie obok jej dłoni. Jej plecy zaczęły dotykać jego klatki piersiowej. W ten sposób zagrodził żonie każdy z możliwych ruchów. Spojrzała ze strachem i przerażeniem na jego lewą dłoń, tę bez palca. Gdy dostrzegła jego brak, nie miała już wątpliwości, że to jej mąż.
Hektor? – zapytała, jakby to był jedynie straszny sen.
A kogoś się spodziewała!? – Przemówił nieuprzejmym i ostrym tonem.
Cyntia milczała. Usiłowała się wyrwać, ale mężczyzna objął ją w pół i docisnął do siebie. Przybliżył swoje wargi do jej szyi. Poczuła łzę na policzku. Nie pocałował jej, tylko wyszeptał wprost do ucha:
Bez wątpienia jestem od ciebie silniejszy, dlatego nie przysparzaj sobie kłopotów. Ty i Marsel wracacie ze mną do domu.
Nie chcę – wypowiedziała niewyraźnie, poprzez łzy.
Hektor wyprostował się, odsunął swoją twarz od szyi żony i zabrał z jej ciała swoje ręce. Ponownie oparł się dłońmi o ramę łóżka, zagradzając Cyntii możliwość ucieczki. Odwróciła się, spojrzała na niego. Widziała tą wyższość i pewność siebie w jego oczach. Dotarło do niej, że nie ma szans, pomimo tego postanowiła sobie ulżyć. Wymierzyła mężczyźnie silny policzek, nieświadomie trafiając niemal dokładnie w to samo miejsce co wcześniej jej matka.
Jak mogłeś mnie kupić!? – wykrzyknęła.
Uderzenie było na tyle silne, że odwróciło jego twarz w prawą stronę. Przymknął oczy, wziął głębszy wdech, starał się opanować. Nie dał jednak rady. Chwycił kobietę za nadgarstek i szarpiąc wyprowadził na korytarz.
Hektor to boli! – krzyknęła i usiłowała się wyrwać.
W odpowiedzi na to pokazał jej swoją otwartą dłoń, jakby się zamierzył od dołu do uderzenia.
Bo za moment oberwiesz – zagroził złowrogim szeptem.
A Marsel? – zapytała przestraszona.
Charlie po niego pójdzie.
Nie wiedziała jaki Charlie, bo nigdy wcześniej nawet nie słyszała takiego umienia, ale nie miała czasu na dyskusję. Mąż wyprowadził ją poza budynek motelu, otworzył tylne drzwi samochodu i dosłownie wrzucił ją do środka. W wielkim szoku roztarła obolały nadgarstek. Czuła jak miejsce puchnie i się rumieni. Hektor coś mówił, ale nie słuchała co takiego, sądziła, że jej mąż zwraca się do mężczyzny zajmującego miejsce pasażera, nie do niej, a wszystkie dźwięki, z powodu stresu, zlewały jej się w jedną, niezrozumiałą paćkę. Chwilę po tym jak znalazła się w samochodzie, Marsel w koszyku znalazł się na kolanach Hektora.
Prowadź – polecił swojemu zaufanemu człowiekowi. – Potem wrócisz po mój samochód – rozkazał.
Oczywiście, proszę pana.
Całą drogę milczeli, z wyjątkiem kilku słów, które Rodrigez skierował do synka, a po dotarciu pod posiadłość, to Hektor wysiadł jako pierwszy. Przekazał Marsela wujowi Damianowi, który wyszedł przed dom, zainteresowany warkotaniem silnika.
Zajmij się nim chwilę, ja muszę porozmawiać z żoną. – Otworzył szerzej drzwi samochodu. – Wysiądź – rzekł spokojnie.
A jeśli nie to co? Znów zabierzesz mnie siłą? – zapytała wprost. Nadal płakała, choć bardzo starała się powstrzymać łzy.
Damian spojrzał na Hektora, następnie na Cyntie. Chciał się odezwać ale nie zdążył, bo Rodrigez głośno warknął:
Natychmiast!
Po czym wyciągnął Cyntię siłą z samochodu.
Nie tak – rzekł cichutko Damian.
Nie wtrącaj się – odpowiedział z gniewem Hiszpan. – A ty idź, przodem – pouczył kobietę i pchnął ją w ramie, by się nie grzebała. – Szybciej, do cholery! – krzyknął kiedy się odwróciła, by na niego spojrzeć.
Pchnął po raz kolejny, tak, że straciła równowagę i omal nie upadła. Sam ją przed tym uchronił, łapiąc za ramię. Chwycił mocno i tylko przez chwilę było to czymś pomocny, po chwili stało się czymś bolesnym i agresywnym, gdy ciągnął ją siłą po schodach na górę. Otworzył pokój i dosłownie wrzucił żonę do środka. Zamknął za sobą drzwi, spojrzał gniewnie i zaczął się do niej zbliżać, wolnym, ale pewnym krokiem.

Hektor podniósł głos na żonę w sypialni, a jego krzyki rozeszły się po całej kamienicy. Dotarły nawet do pokoju służby.
Biedna pani Cyntia – powiedziała jedna z pokojówek.
Jej mąż to istny furiat, ponoć bardzo źle traktował służbę, gdy jeszcze zamieszkiwał Hiszpanię – odrzekła druga.
I tak złagodniał. Syn i żona go odmienili. Ja przyszłam tutaj do pracy, gdy jeszcze był kawalerem. Był nie do wytrzymania.
Nikt wam nie płaci za gadanie – warknęła ochmistrzyni. – Gdybyście się tak przykładały do pracy, co do mielenia ozorem, nie miałybyście co narzekać na pana Rodrigeza.
Pokojówki spojrzały z byka na przełożoną i każda oddaliła się do swoich obowiązków.
W tym czasie Hektor patrzył nieustępliwie na żonę i oczekiwał wyjaśnień.
Co ty wyprawiasz!? Jak mogłaś zabrać Marsela!? Dlaczego!? Jak w ogóle mogłaś odejść!? – mnóstwo wykrzyczanych pytań prosto w twarz, którym towarzyszył akompaniament uderzenia otwartej dłoni o poszczególne meble i nadmierna gestykulacja.
Cyntia stała na środku. Głowę miała spuszczoną. Płakała. Hektora nie wzruszył smutek w oczach, bo go nie dostrzegł. Nawet łzy ściekające po policzkach kobiety, mu umknęły. Ciągnął swój wywód dalej i dalej… coraz głośniej.

Damian chodził ze śpiącym w koszyku Marselem po korytarzu, tuż przed drzwiami państwa Rodrigez. Co jakiś czas spoglądał ze smutkiem w ich mleczną biel. Laura natomiast siedziała na krześle nieopodal okna, na końcu korytarza.
Wuju Damianie! – zawołała. – Wuj sobie usiądzie, tutaj, obok. Stąd też słychać – zapewniła.
Damian podszedł zirytowany do Laury. Położył koszyk z Marselem na podłodze, a dłonie wsparł na biodrach odrzucając tym sposobem do tyłu, rozwiązany szlafrok w niebiesko-białe, pionowe paski.
On długo tak potrafi? – dopytywał.
Czasami kilka godzin.
Straszne. – Pokręcił głową i zrobił minę, wskazującą na wyraźne oburzenie. – Na aniołeczka nikt nigdy tak nie krzyczał.
Jeśli chciała, by tak pozostało, mogła nie wychodzić za mąż.
Co to było? – zapytał z wyraźnym przerażeniem Damian.
Ale co?
Coś trzasnęło. Taki huk, jakby… nie… on chyba nie…
Chyba nie. – Laura wzruszyła ramionami. – Trzasnął pewnie o komodę albo o ścianę, albo może szufladą. Nie przejmuj się. Pies, który dużo szczeka, nie gryzie.
Tak mówi przysłowie, ale wiesz Laura, przysłowia to się nie zawsze sprawdzają. – Wuj zabawnie przy tym gestykulował lewą dłonią, jakby ze wszelką cenę chciał wyłożyć jasność swojej teorii Laurze.
Miejmy nadzieję, że w tym przypadku się sprawdzi.
Coś jakby ucichło. – Wuj nadstawił ucha w kierunku drzwi. – Podejdę bliżej, spójrz na dziecko.

Cyntia usiadła na łóżku. Lewą dłoń miała przyciśniętą do twarzy, tak, że skóra między kciukiem a palcem wskazującym została przyciśnięta jej ustami. Płakała jawnie, głośno, choć starała się być twarda.
Jaki był powód? Dokument mówiący, że łączę interesy naszych rodzin? Skoro byłem w stanie oddać za ciebie wszystko co miałem, to chyba wyraźnie widać, że kocham cię nad życie, ponad wszystko co mam i posiadam. – Hektor stał przed żoną w lekkim rozkroku i patrzył na nią z góry. – Skoro ty przy najmniejszej wątpliwości pakujesz się, zabierasz dziecko i uciekasz, to chyba ja mam prawo wątpić w twoją miłość, a nie ty w moją. Jeszcze na dodatek zostawiłaś list! Co, nie miałaś odwagi spojrzeć mi w oczy!?
Nie pozwoliłbyś mi…odejść – wychlipała przez łzy.
Oczywiście, że nie, przecież cię kocham – odpowiedział, niezwykle zdenerwowany, ale zapewnienie o miłości przeszło przez jego gardło całkiem naturalnie. – Mogłaś zapytać, dowiedzieć się, porozmawiać, ale ty wybrałaś uciec. – Pokręcił głową, jednocześnie ją spuszczając tak mocno, że wzrok wbijał w czubki swoich butów. – Nie poznaję cię, Cyntio. Mam wrażenie, że teraz przede mną siedzi obca kobieta, a nie moja żona. Wrócę za godzinę, nie waż się wyjść z pokoju.
Za Hektorem trzasnęły drzwi, a Cyntia położyła się na łóżku i zaniosła płaczem. Nie miała siły nawet się przebrać, jakby uleciało z niej całe powietrze, a wraz z nim chęci do życia. Nikt nigdy jej tak nie skrzyczał. Nawet Hektor, kiedy się unosił, nie czynił tego aż tak.
Co robicie? – zapytał Rodrigez, gdy po wyjściu niemal wpadł na Damiana i Laurę.
My… – Damian szukał dobrej wymówki, jednocześnie prostując się, bo wcześniej stał pochylony i przykładał ucho do drzwi.
Podsłuchiwaliście? – zgadywał.
Nie, skądże? Przyszliśmy oddać wam syna. – Laura wręczyła bratu koszyk z Marselem i spojrzała na niego kaprawymi oczętami.
Oczywiście, czyli nie podsłuchiwaliście? – upewniał się.
Nie musieliśmy, słychać cię było w całym domu – skomentowała.
Idź spać, już późno – rzekł do siostry, a potem spojrzał na synka. Poprawił mu białą, wełnianą czapeczkę, tak by jej ściągacz nie wykrzywiał uszka.
Laura poszła do siebie bez słowa sprzeciwu, ale Damian deptał po piętach Hektorowi.
Jak mogłeś tak wydzierać się na aniołeczka?
To moja żona, jako mąż mam swoje prawa – odpowiedział spokojnie i rzeczowo.
To niewyobrażalne…
Damianie. – Hektor obrócił się w stronę wuja. – Chciałbym zostać sam. Sam z synem.
Oczywiście – przytaknął z niezadowoleniem mężczyzna w szlafroku, po czym przewiązał jego pasek, jakby się szykował do walk karate i odszedł.
Hektor wszedł z dzieckiem do gabinetu, przeczytał zaległe listy. Dowiedział się o przybyciu Javiera na chrzest bratanka i miał ochotę, dosłownie, Laurę udusić za poinformowanie brata o chrzcie Marsela. Powstrzymał się jednak i przełknął te złą wiadomość wraz z gorzką wódką, którą nalał wprost do gardła, bez popijania.

Po godzinie, Marselek nadal spokojnie spał w koszyku. Hektor wszedł z nim do sypialni i przełożył chłopca do kołyski, delikatnie zabujał i oddalił się na krok, by zdjąć marynarkę oraz kamizelkę. Był bardzo zaskoczony, gdy Cyntia znalazła się przy nim. Wyciągnęła dłoń pierw po zdjętą marynarkę. Oddał ją bez zbędnych protestów. Obserwował jak wygładza materiał i zwija w pół, przewieszając przez rękę. Następnie odpiął kieszonkowy zegarek i położył go na otwartej dłoni żony. Zabrał się za rozpinanie kamizelki, gdy Cyntia skierowała się w stronę szafy i odwiesiła okrycie wierzchnie męża starannie na wieszak. Zegarek włożyła do szkatułki, przekręciła klucz i ponownie schowała go do małej, wełnianej torebeczki. Wróciła się po kamizelkę, by uczynić z nią to samo co z marynarką.
Hektor obserwował zachowanie żony bez słowa. Po prostu stał i patrzył. Po chwili usiadł na łóżku i rozpiął pierwszy z guzików swojej koszuli. Rozwiązanym krawatem oplótł lewą dłoń, podczas, gdy Cyntia zerkała na śpiącego synka.
Biżuteria i pieniądze są w szkatule? – zapytał zwyczajnym głosem, choć dało się wyczuć ten nieprzyjemny chłód.
Tak. Charlie je przyniósł wraz z moją torebką i kazał schować – odpowiedziała, otulając małego szczelniej cienkim kocykiem.
Oddaj mi klucz – zażądał i wyciągnął prawą dłoń przed siebie.
Cyntia bez słowa protestu poszła po torebkę, wyjęła z niej kluczyk i położyła na dłoni męża. Ten wstał i przykucnął przy czarnym, sporych rozmiarów sejfie szyfrowanym na cztery cyfry. Otworzył go, schował kluczyk, zamknął i wstał. Spojrzał na żonę, zdziwiony, że jeszcze nie udała się do innych obowiązków, tylko nadal stoi niczym słup soli.
To ma być kara? – zapytała smutno.
Nie, Cyntio, to tylko racjonalizm. Nie mam wpływu na twoje emocje i to, że często postępujesz pochopnie, gdy w tych emocjach szaleje burza. Liczę jednak, że będziesz na tyle rozsądna, by nie uciekać z małym dzieckiem bez grosza przy duszy.
Cyntia spojrzała na swoje dłonie, poruszyła prawą z nich.
Rozumiem, że od dziś jedyną biżuterią, którą wolno mi się zdobić jest obrączka i pierścionek zaręczynowy, czy tak mężu?
Hektor pokręcił głową z niedowierzaniem.
Nie bądź bezczelna.
A więc mam ci to oddać? – dopytywała już z jawną złośliwością.
Przymknął oczy i przypomniał, jednocześnie wyjaśniając:
Nie bądź bezczelna, bo któregoś razu się przeliczysz i sprawisz, że cię za tę bezczelność spoliczkuję. Właściwie, to w zaistniałej sytuacji, powinnaś milczeć i nie odzywać się niepytana. Brakuje ci nie tylko ogłady, ale przede wszystkim odrobiny pokory. – Ruszył przed siebie i wymijając ją dodał jeszcze – zawiniłaś, pogódź się z konsekwencjami.
Stała i nie zawierzała własnym uszom. Po chwili dotarł do niej dźwięk otwieranej karafki, a konkretnie odłożenie korka na drewniany blat komody z alkoholami. Następnie usłyszała jak ciecz przelewa się do szklanki.
Nie mam w zwyczaju odbierać nikomu czegoś, co sam ofiarowałem – odezwał się ponownie Hektor, po wypiciu połowy zawartości szklanki, którą napełnił niemal po same brzegi. – Gdy będziesz chciała jakieś kolczyki czy naszyjniki, przyjdziesz do mnie i poprosisz. Otworzę wtedy sejf i dam ci to czego chcesz. Nie spotkasz się z mojej strony z odmową, bez obaw.
Właśnie to zrobiłeś, zabrałeś – zarzuciła oburzona, niczym mała dziewczynka, której za karę schowano do szafy i zamknięto na klucz ulubioną zabawkę, a ona bała się o nią, że mole ją pożrą.
Nie, nie zrobiłem tego. Ja tylko ograniczyłem ci do tego dostęp, kochanie, dla twojego własnego i Marsela dobra. A teraz wybacz, ale jestem zmęczony. Położę się już spać. – Usiadł na łóżku i zdjął buty stopa o stopę. Położył się.
Zamierzasz spać w ubraniu? – zapytała zdziwiona.
Ciii. Dobranoc – odpowiedział i przymknął oczy.

Niedługo trwało aż Hektor poczuł na sobie dłoń żony. Rozpinała pozostałe guziki jego koszuli. Dobrnęła do połowy, gdy otworzył oczy. Zanurzyła więc dłoń w gąszczu jego włosów znajdujących się na klatce piersiowej.
Jestem ci winna przeprosiny – zaczęła.
Zabierz rękę – polecił zimnym tonem.
Odrzucasz mnie?
Zapanowało milczenie. Trwało krótko, lecz dla Cyntii o wiele za długo.
Nie, nie odrzucam. Zastanawiam się tylko, w co ty się ze mną bawisz i na czym polega twoja gra. Chcesz się ze mną kochać na przeprosiny czy dla świętego spokoju? – zapytał wprost.
Jesteś moim mężem, to chyba normalne…
Nie, odmawiałaś mi tyle czasu, że nie uważam teraz twojego zachowania za normalne. Wybacz, ale tym razem to ja nie mam ochoty. – Odwrócił się tyłem do żony, poprawił poduszkę i zamknął oczy.
Cyntia ledwie powstrzymała się od płaczu. Odrzucenie męża ubodło jej o wiele bardziej, niżeli jego wcześniejszy wrzask i wyrzuty, które jej uczynił. Postanowiła więc zawalczyć jeszcze raz. Położyła swoją drobną dłoń na jego ramieniu, okrytym białą koszulą. Potarła je.
Przepraszam, Hektor, naprawdę – zaczęła. – Ja wiem, że zasłużyłam, wiem, że miałeś prawo się zdenerwować i naprawdę to rozumiem. – Przełknęła głośno ślinę.
Zapadła ponownie cisza, co wpędzało ją nie tylko w coraz większe wyrzuty sumienia, ale także w niepewność o to co będzie dalej, jak to będzie zaś i czy Hektorowi kiedykolwiek minie.
Naprawdę żałuję. Postąpiłam gwałtownie, za szybko. Wiesz dobrze, że i tak bym wróciła, gdy tylko przemyślałabym sprawę.
A skąd mam to wiedzieć? – zapytał cicho, nie odwracając się. – Tego to się chyba już nie dowiemy – powiedział bardziej do siebie niż do niej. – Sprowadziłem cię do domu siłą, też nie czuję się z tym najlepiej, dlatego następnym razem poproszę o pomoc policję.
Słucham? – zdziwiła się.
Słyszałaś. Porwanie dziecka jest przestępstwem.
To mój syn! – uniosła się.
Hektor gwałtownie odwrócił się w jej stronę i uniósł tułowie, wspierając się na łokciach.
Nasz syn i jego miejsce jest przy ojcu, tak jak twoje jest przy mężu. Opuszczenie domu małżeńskiego, także jest przestępstwem.
Hektor. – Tym razem położyła swoją dłoń na jego udzie.
Może twój ojciec pozwalał sobą manipulować i zachwycały go twoje kaprysy. Ja sobie nie pozwolę. I nie wystawiaj mej cierpliwości na próbę po raz kolejny, bo to się może źle skończyć – wyjaśnił ostrym tonem, a potem już normalnym życzył żonie dobrej nocy i usiłował sam zasnąć.

Cyntia jednak nie zamierzała się poddać. Nie lubiła zostawiać spraw niewyjaśnionych. Nie wyobrażała sobie dzielić łoża z kimś kto ma jej coś za złe i bije od niego chłodem niczym z Antarktydy.
Ja wiem, że teraz trudno jest tobie obdarzyć mnie zaufaniem, ale naprawdę chcę byś mi uwierzył. Naprawdę bym wróciła. – Przybliżyła się do niego. Jej usta były niemal przy uchu męża. – Przepraszam– wyszeptała.
Idź już spać – polecił, nawet nie otwierając oczu. – Albo przynajmniej daj mnie się wyspać.
Cyntia z początku miała zamiar usłuchać. Położyła się na plecach i patrzyła w sufit. Potem odwróciła do męża tyłem i usiłowała zasnąć, ale nie potrafiła. Na myśl przyszedł jej William, on nigdy się długo nie gniewał, mówił, że na taką kobietę jak ona nie wypada się gniewać, i że takiej kobiecie jak ona trzeba wszystko wybaczać, i nieba przychylać. Tak bardzo teraz żałowała, że Hektor nie posiada podobnej cechy. Ponownie odwróciła się przodem do męża i dotknęła delikatnie jego dłoni.
Hektor. – Zaczęła kreślić jakieś symbole bez znaczenia na jego ciele. Dostrzegła jak drgnął na jej dotyk, dlatego na chwilę zaprzestała tej czynności. – Mężu? Odezwiesz się do mnie? Spojrzysz na mnie?
Hektor miał otwarte oczy i bez wątpienia słyszał słowa żony, ale i tak milczał. Nie udawał, że śpi, czynił wręcz odwrotnie – dawał jej do zrozumienia, że nie chce z nią teraz rozmawiać.
Ja się poprawie, obiecuję. Postaram się być lepszą żoną. Daj mi szansę… – Łza spłynęła po jej policzku.
Przecież cię nie wywalam – warknął.
Ale jesteś taki inny! – wrzasnęła pod wpływem irytacji, bo przecież jej zdaniem każdy zasługiwał na drugą szanse, a ona sama to już w szczególności. Teraz płakała już nieskrycie. Nie potrafiła dłużej powstrzymywać łez i szczerze żałowała tej ucieczki, która z góry była skazana na niepowodzenie.
Hektor przełknął ślinę, poczuł łzy w oczach, gdy słyszał ten ból i niepewność w głosie żony. Ukradkiem je starł, zanim się do niej odwrócił. Chwycił jej podbródek w swoje dwa palce. Zmusił, by na niego spojrzała. Przybrał twardą, wręcz surową minę, bo wiedział, że pobłażliwością w tej sytuacji niczego nie wskóra.
Przecież ja cię nie odsyłam, nie unieważnia naszego małżeństwa. Nie mam ku temu powodów i nawet bym tego nie chciał. – Zabrał rękę, przestał ją dotykać.
Nigdy wcześniej nie sądziła, że tak jej będzie brak jego dotyku, jego wesołości, wspólnych żartów... tej normalności, którą wcześniej mieli.
Wiem, ale milczysz i jesteś taki… przytul mnie, proszę – niemal zaskomlała.
Hektor pokręcił delikatnie głową, a jego mina ani trochę nie utraciła na zaciętości.
Nie – odpowiedział. – Nie teraz i nie dziś, nie wiem czy w najbliższym czasie cię przytulę. Nie uważam, że zasługujesz na pocieszenie. Jednak jutro przyjeżdża mój brat, Javier. Chcę byś była mi żoną, przykładną żoną i nie chcę musieć się za ciebie wstydzić. A teraz dobranoc Cyntio i nie budź mnie więcej.
Hektor, ale ja przeprosiłam.
Czasami zwykłe przepraszam nie wystarcza.
Ale…
Milcz.
Hektor…
Milcz albo zmusisz mnie do tego bym ciebie ukarał.
Jak? – zapytała bardziej odruchowo, niż chcąc naprawdę poznać odpowiedź.
Postawię w kącie, do rana – zapowiedział.
Cyntia zamilkła. Nie miała odwagi odezwać się już ani słowem, bo choć powątpiewała w to, że mąż byłby w stanie spełnić wypowiedzianą przed kilkoma sekundami groźbę, to zrozumiała, że każda z jej prób zbliżenia się do niego, w tej chwili zakończy się niepowodzeniem.
Hektor przewrócił się na plecy, spojrzał w sufit i powiedział dobranoc po raz kolejny tej nocy.

Zapraszam także do kolejnego postu  Rozdział 19: Chrzest Marsela

Czytam = Komentuję

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na swój blog autorski, gdzie znajduje się więcej informacji jak i opowiadań, oraz linków do nich: http://dariusz-tychon.blogspot.com/