piątek, 3 czerwca 2016

Rozdział 17: Mocne alibi


Zachęcam także do zapoznania się z wcześniejszym postem  Rozdział 16: Dla jej dobra

Tym co trafili tu po raz pierwszy, przypominam, że opowiadanie zaczyna się od postu - Wprowadzenie: Na zły początek

Hektor zjawił się w mieście, nadał ogłoszenie do gazety tak jak powiedział Cyntii. Potem jednak pojechał w kierunku domu rodzinnego żony. Zaparkował w lesie, dalej poszedł pieszo. Czekał cierpliwie aż Aurelia wyjdzie na tyły budynku, by zapalić papierosa.
Powiesz mi co zrobiłaś z listami? – zapytał, wyłaniając się zza ściany, czym niemiłosiernie ją wystraszył.
Aurelia jednak za dużo w życiu przeżyła, by lękać się niezapowiedzianej wizyty Rodrigeza. Szybko więc przyjęła wojowniczą postawę i wykrzyknęła prosto w twarz mężczyzny:
A ty powiesz mi co zrobiłeś z dzieckiem!?
Ciszej – warknął szeptem.
Boisz się, że ktoś usłyszy?
Hektor podszedł szybkim krokiem do kobiety i powstrzymał odruch, by chwycić ją za ramiona i energicznie potrząsnąć.
Dam ci wszystko czego zapragniesz... – zaczął, ale nie było mu dane dokończyć, gdyż blondynka mu przerwała:
Chcę rodzinę, którą mi odebrałeś.
Czemu uważasz, że to ja? Może Javier.
Czemu to ty szukasz lisów, a nie Javier? Nie mam ich, Hektor, Marta Montenegro też ich nie ma. Przeszukałam każdy pokój, tylko po to się tu zatrudniłam. Myślisz, że zarobki pokojówki są aż tak wysokie, że bawi mnie mycie podłóg?
Nie sądzę. Oboje wiemy, że lubisz inne rozrywki – wycedził przez zęby i przybrał na twarz chytry uśmieszek.
To twoja wina, powinieneś był spalić te listy dawno temu. Po co je zostawiłeś?
Uznałem, że może kiedyś… z resztą nieważne.
Gdzie ją zabrałeś? Zabiłeś ją? Hektor, spójrz mi w oczy i odpowiedz mi na to pytanie! – Kobieta chwyciła mężczyznę za podbródek. – Proszę. – Szczere łzy pojawiły się w jej oczach.
Nie zabiłbym dziecka – odpowiedział niezwykle poważnie.
Nie oddałeś jej do przytułku. Przez lata odwiedziłam większość przytułków w Europie.
Po co jej szukałaś, przecież to nie twoje dziecko?
To córka mojej siostry.
Jest cała i zdrowa. Trafiła do dobrej rodziny, zajęli się nią.
Jest podobna do ciebie?
Nie, ani do mnie, ani do matki. Z resztą, może to uległo zmianie. Ostatni raz ją widziałem jak miała kilka lat. Poza tym, nie ma pewności czy to moja córka, twoja siostra nie była mi wierna – przypomniał.
Ty jej też nie.
Jej zdrada była pierwsza.
Nie będę się licytowała z głupcem.
Tym bardziej, że zdradziliśmy ją razem – odciął się z zagniewanym wyrazem twarzy.
Ale ty ją zabiłeś.
Tak, ja. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że urodziła. Gdybym wiedział, to… – Hektor przysiadł na schodach prowadzących do wejścia służby.
To nigdy byś nie oddał strzału, prawda?
Przytaknął ruchem głowy i dodał:
Nigdy nie pozbawiłbym żadnego dziecka matki.
Kto był u ciebie w domu? Bo jeśli ja nie mam listów, nie ma ich nikt z rodziny twojej żony, to kto je zabrał?
Sprawdziłaś pokój Bastiana Browna?
Tak, trzykrotnie.
Zamyślił się, wsparł głowę dłońmi i pozbył się zalegającej śliny w ustach, spluwając między własne nogi.
W takim razie nie wiem – powiedział po chwili ciszy. – Ale musimy to odnaleźć. Zapłacę każdą cenę.
Wątpię byś miał mi z czego zapłacić, przecież ty niczego nie masz.
Mam wszystko, a nawet jeszcze więcej. Pójdę już. – Wstał z zamiarem powrócenia do samochodu, gdy krzyk kobiety zatrzymał go w pół kroku.
Hektor! – nawoływała za nim.
Panie Rodrigez – poprawił z wyższością, ale Aurelia zupełnie się tym nie przejęła.
Powiedziałeś mojej koleżance, w sprawie twojego ślubu, że byłeś nie tylko zakochanym głupcem, ale i cwaniakiem. Jakie Hektorze, widzisz zyski w tej rodzinie?
Proszę? – Przybliżył się do niej i wydawał się być zainteresowany.
Powiedziałeś, że jesteś zarówno szczęściarzem, bo szczerze kochasz, jak i cwaniakiem, co oznacza, że twój ożenek nie był taki całkiem bezinteresowny.
Hektor lekko się zaśmiał i ściągnął brwi.
Gdybym szczerze nie kochał Cyntii, byłoby o wiele, wiele prościej.
Dostrzegam w twoim spojrzeniu żądzę zemsty. Co takiego zrobiła tobie ta rodzina? – dopytywała, jednocześnie jeżdżąc palcem po masywnym torsie mężczyzny, który był skryty za letnią, białą koszulą i jasną, zapiętą na kilka dolnych guzików kamizelką. – Hektor, zdradź mi co trzeba, a może będę mogła ci pomóc. – Zarzuciła brunetowi ręce na szyję. – Oczywiście w zamian za… – Hektor przerwał jej wypowiedź, chwytając za nadgarstki i uwalniając się z objęcia.
Tajemnice mam w zwyczaju zabierać z sobą do grobu – przemówił. – Nigdy nie pozwolę, by ta mała dowiedziała się, że jej matką była zwykła, niewierna kurwa, a jej ciotka nie jest lepsza od tej matki.
Aurelia nagle, niespodziewanie zamierzyła się i wymierzyła mężczyźnie siarczysty policzek. Zapobiegawczo chwycił ją za nadgarstek, by nie uderzyła go po raz kolejny.
Możesz mnie za to znienawidzić, ale robię to dla tego dziecka.
Nie mogę znienawidzić cię bardziej, bo bardziej już się nie da.
Ale łączy nas wspólny interes. Jeśli Martin dowie się, że sypiałaś z jego ojcem, nie będzie tak skory do porzucenia habitu.
Sutanny – poprawiła mężczyznę.
Nigdy nie byłem szczególnie religijny. Ja mam list adresowany do ciebie, w którym Julian zdradza, że twoje nienarodzone dziecko jest jego dzieckiem, i że dlatego otrzymujesz połowę majątku. Wiesz co będzie, gdy ten list zobaczy Martin? Zwłaszcza, gdy wyjdzie na jaw, że wcale nie jesteś i nie byłaś w ciąży? Wiesz co będzie. Nie muszę ci tej wiedzy przybliżać. Wiesz co masz znaleźć i co masz mi oddać. Nie lubię się powtarzać i nie lubię jak ktoś się z czymś grzebie tygodniami! – uniósł się, po czym musnął ją delikatnie w policzek. – Do, miejmy nadzieję, milszego zobaczenia. – Odszedł w kierunku lasku, gdzie wcześniej zaparkował samochód.

Hektor wszedł do domu i od razu skierował się do salonu. Sądził, że tam spotka Cyntie, ale zastał tylko Laurę, grającą w szachy z wujaszkiem Damianem. Posłał im delikatny uśmiech. Poszedł do pokoju i przyglądał się dłuższą chwilę obrazkowi jaki zastał. Cyntia siedziała w fotelu i drzemała, a mały Marsel bezpiecznie spoczywał na jej rękach, opatulony wełnianym, szydełkowanym kocykiem z licznymi dziurkami. Rodrigez podszedł i pocałował malca w czoło, potem poprawił mu czapeczkę i wziął go w ramiona.
Przepraszam, czekałam na ciebie, ale usnęłam. Gdzie Marsel? – Cyntia zaczęła się nerwowo rozglądać dookoła.
U mnie. Zabrałem go od ciebie. Mnie też się zdarza z nim usnąć. Spędziliście razem cały dzień? – zapytał, uśmiechając się do ziewającego chłopca, który usilnie starał się wyswobodzić rączkę spod przykrycia. Tata mu w tym pomógł i dzięki temu Marsel mógł chwycić dłonią za materiał kamizelki. Bardzo interesowały go guziki.
Tak, caluteńki – odpowiedziała przeciągając się. Czuła się tak, jakby coś ją połamało.
Mogłaś poprosić o pomoc jedną z pokojówek – zaproponował. – Zabawiłaby Marsela, a ty byś mogła się zdrzemnąć.
Nie chciałam, to mój syn, chcę z nim być jak najdłużej, tak szybko rośnie.
Hektor uśmiechnął się, podziwiając trzymiesięcznego chłopca, który ponownie mrużył swoje małe, czarne jak węgiel oczęta. Delikatnie wsadził malca do kołyski, zakołysał nią i czekał aż dziecię zapadnie w głębszy sen. Potem pocałował żonę w policzek i zniknął za drzwiami łazienki.
Kiedy wrócił, Cyntia patrzyła w okno i ubierała biały szlafroczek na swoje drobne rączki. Stanął za nią, odwrócił przodem do siebie i pocałował. Kobieta złożyła dłonie w pięści, rozłożyła je, ponownie zacisnęła i zebrała w sobie siły, by delikatnie naprzeć na klatkę piersiową męża, odsuwając go tym sposobem od siebie. Spojrzał na nią z góry, niezwykle zdziwiony.
Przepraszam, ale… – zaczęła się tłumaczyć i szukać w swojej głowie wymówek.
Jesteś zmęczona? – zgadywał.
Nie doszłam jeszcze do siebie po porodzie.
Przecież lekarz kazał odczekać tylko miesiąc – przypomniał.
Hektor, proszę, daj mi jeszcze dziesięć dni. Pogrzeb ojca, ktoś chciał cię zabić, Marsel i to jak długo nabierał siły… ja nie chcę… – zamilkła i poczuła łzy w kącikach oczu.
Nie musisz się tłumaczyć. – Pocałował żonę w policzek. – Prosisz o dziesięć dni, więc dam ci je, ale pamiętaj, że dziesięć dni bardzo szybko mija. – Ponownie złożył pocałunek na jej policzku. – Dobranoc, położę się, a ty?
Poczytam – odpowiedziała szybko.

Pijany William szedł zakuty kajdankami, pomiędzy zakratowanymi celami, przeznaczonymi dla aresztowanych. Detektyw Sambor już na niego czekał, na końcu długiego i mrocznego korytarza.
Nie zabiłem jej, detektywie – wyjaśnił. – Miałem problemy z alkoholem, brałem udział w nielegalnych walkach bokserskich, ale nigdy nie zabiłbym z zimną krwią kobiety.
To nie było z zimną krwią, młodzieńcze. Obrażenia ofiary wskazują na zbrodnie w afekcie, pod wpływem dużego podniecenia, być może nawet seksualnego. Ktoś ją zakatował – objaśnił, splatając palce swoich dłoni i kładąc je na biurku.
Wiem, że podejrzenie pada na mnie, bo znaleźliście mnie pijanego na plaży gdzie…
Pana podejrzewa sędzia, nie ja – sprostował Ernest. – Pańskie pięści są obite i poranione, są poniekąd dowodem. Jednak dla mnie to za mało wystarczalny dowód. Kolejnym dowodem jest to, że pan wyjechał z miasta zaraz po zaginięciu tej kobiety. Jednak pan wrócił, co moim zdaniem przemawia na pańską korzyść. Po co pan wrócił, jeśli można zapytać? – Sambor przeczesał palcem wskazującym swojego siwego wąsa i zaczął go niezdarnie kręcić.
Moja pierwsza miłość, zmarła. Chciałem położyć jej ulubione kwiaty na grobie.
Pańska pierwsza miłość była stąd?
Młody, dwudziestoletni brunet przytaknął ruchem głowy.
Jestem zmuszony pana zatrzymać, chociaż tego nie chcę. Sam pan rozumie…
Taa, rozkazy z góry. Niech pan robi co pan musi.
Położył pan kwiaty na grobie tej kobiety? – zaciekawił się.
Nie zdążyłem, dziś miałem to zrobić.
Zawiozę pana, proszę powiedzieć gdzie – zaproponował, co było oznaką litości nad młodym chłopakiem, którego życie wyraźnie poraniło. William miał bowiem wypisany ból na twarzy, kilka blizn i bruzd, a także smutek dostrzegalny w oczach.
Brunet uśmiechnął się nieznacznie do siwego, grubszego, starszego pana i wstał z drewnianego krzesła. Wyciągnął swoje dłonie przed siebie. Mężczyzna mu zaufał, rozkuł go, ale wraz ze swoim partnerem towarzyszyli chłopcu w drodze do miasta po kwiaty, jak i w drodze na cmentarz.
Rupert poczekał przed bramą, a Ernest ruszył dalej, w krok za Williamem Oldmanem. Wielkim szokiem dla agenta był fakt, że William Oldman zaprowadził go do miejsca, gdzie znajdował się pusty plac.
To niemożliwe. Jeszcze niespełna rok temu, tutaj był duży, kosztowny pomnik – wyznał Willi, wpatrując się w zdziwioną twarz Sambora.
Kosztowny pomnik dziewczyny, którą pan kochał? – dopytywał agent. – I mam uwierzyć, że pan go postawił?
Oszalał pan? W życiu nie miałbym tyle pieniędzy, by kupić marmur. Cyntia pochodziła z bogatej rodziny – wyjaśnił.
Cyntia?
Tak – przytaknął i wpatrywał się w bladego niczym kreda mężczyznę.
To niespotykane imię. Jak się nazywała pańska dziewczyna? – Sambor chciał rozwiać wszelkie podejrzenia. Łudził się, że William zaraz poda jakieś zupełnie mu obce nazwisko, ale chłopak powiedział:
Montenegro. Cyntia Montenegro.
Ona żyje – wyjawił policjant, czym wprawił Williama w osłupienie.
Potargany brunet w skupieniu słuchał słów agenta. Rozdziawił usta na wieść:
Rozmawiałem z nią dwa miesiące temu. Zmarł jej ojciec, podejrzewałem całą rodzinę, ale nie znalazłem winnego. Dziś ma być odczytywany testament.
Żartuje pan? – Chłopak miał łzy radości, jak i te zawodu w oczach.
Nie śmiałbym żartować w takiej sytuacji. – Ernest schylił się, by dosięgnąć dłonią ziemi. – Świeżo skopana, nie porosła jeszcze trawą. Jeśli tu stał jakiś pomnik, a wszystko wskazuje na to, że stał, to znaczy, że niedawno go stąd usunięto.
William usiadł na trawie i schował twarz w dłonie, potem przeczesał włosy jedną z nich, co wskazywało na duże zdenerwowanie, spowodowane niewiedzą. Tak naprawdę miał ochotę rwać włosy i wyrzucać sobie, że tak łatwo uwierzył, że wyjechał.
Muszę się z nią zobaczyć! – krzyknął, wstając.
To nie jest najlepszy pomysł! – Sambor zagrodził mu drogę i położył swoją dłoń na jego piersi. – Poza tym jest pan nadal aresztowany.
Dlaczego to nie jest dobry pomysł? – dopytywał Wilii.
Ona jest mężatką.
Mężatką? – powtórzył, nic z tego nie rozumiejąc.
Tak.
Cyntia? Niemożliwe – trwał dalej przy swoim i nie dopuszczał do siebie nawet myśli, że jego ukochana mogłaby oddać się innemu mężczyźnie.
Możliwe, wyszła za pana Rodrigeza.
William kręcił głową, patrzył to na pusty plac, na którym jeszcze nie tak dawno stał grobowiec, potem na agenta i łapał się za włosy. Miał łzy w oczach i mętlik w głowie.
To niemożliwe. Co się tutaj dzieje!?
Mógłbym zdać to samo pytanie, a i tak odpowiedź, zapewne, by nie nadeszła. Pójdzie pan ze mną do kolaski.

Agent zaprowadził Williama do jednej z celi. Oczami wyraził swoją przykrość z tego powodu, gdy zamykał kraty na klucz.
Pilnuj go. Ja odwiedzę pana Rodrigeza. Czuję, że ten facet ma niejedno na sumieniu – rzekł do swojego mało rozgarniętego partnera.
Kto, ten w celi? – dopytywał Rupert.
Nie, Rodrigez. Ten w celi z pewnością nie jest niczemu winny. Ktoś chciał go wyeliminować i chyba już wiem o co toczyła się walka.
Starszy, siwy i grubszy agent założył kapelusz na głowę, i ruszył w kierunku starej, choć nieco odnowionej kamieniczki. Przywitał go piękny krajobraz drzew, krzewów i ogrodów, który roztaczał się naokoło całej posiadłości. To właśnie tam, w głównym ogrodzie, zastał poszukiwanego mężczyznę. Hektor jadł obiad w towarzystwie żony, siostry i wuja. Wszyscy się śmiali i zdawali się być w dobrych nastrojach.
Witam państwa. – Ukłonił się Sambor. – Panie Rodrigez, czy mógłbym z panem porozmawiać?
Oczywiście. Przepraszam na moment. – Hektor wstał, wytarł usta chusteczką, która znajdowała się przy jego talerzu, odrzucił ją na niedokończony posiłek i skłonił się lekko, niemal przepraszająco, najbardziej w stronę swojej małżonki. Jednak zanim odszedł od stołu, spojrzał jeszcze na śpiącego w wózku Marsela, jakby miał go więcej razy już nie zobaczyć. – Proszę do mojego gabinetu, jest na parterze. – Wskazał kierunek agentowi.
Zasiadł na krześle za biurkiem, a Ernest Sambor zajął miejsce po drugiej stronie. Obydwóch panów nie wiedziało, że Cyntia pozostawiła Marsela pod opieką wujaszka Damiana i nasłuchiwała pod drzwiami.
O czym chciał pan ze mną rozmawiać? – Hektor wydawał się być miły, nawet się uśmiechnął, ale coś w jego oczach mówiło, iż jest wrogo nastawiony do służb porządkowych i tych mających stać na czele sprawiedliwości.
Czy ma pan wrogów?
Nic mi o tym nie wiadomo. – Lekko, niedbale wzruszył ramionami.
A miał pan wrogów?
Tyle co każdy. Kilka bójek na pięści i honorowych pojedynków.
Za to miał pan pokojówkę, która zaginęła. – Tym razem to Sambor się uśmiechnął, okazując tym samym swoją wyższość.
Tak, nie zaprzeczam. Sam zgłosiłem sprawę na policję i zatrudniłem ludzi do poszukiwań.
Jej ciało zostało wyrzucone przez wodę, kilka metrów od rzeki płynącej nieopodal tej miejscowości. Możliwe, że to właśnie niedaleko pańskiego domu ją…
Utopiono? – przerwał Hektor.
Zakopano.
Co proszę?
To co pan słyszał. Ktoś chciał upozorować utopienie. Zmoczył zwłoki wodą, ale nie wodą z rzeki, a zdatną do picia. Ponadto robaki, w wodzie ich nie ma, a…
Może pan mi oszczędzić szczegółów? Przed chwilą jadłem – przypomniał i skrzywił się z obrzydzenia na same wyobrażenie robali wypełzających z przeróżnych dziur, takich jak te nosa, uszów, a nawet wenery.
Naturalnie. Jednak nie oszczędzę panu wiedzy na temat, że ta kobieta miała połamane kości policzkowe, dlatego chciałbym porozmawiać z pana żoną.
W jakim celu? – zdziwił się.
Zapytać o stan pańskich dłoni w tamtym okresie, bliskim zaginięcia Violetty Molins.
O coś mnie pan podejrzewa? – zapytał i skoncentrował swój wzrok na jednej z firanek zdobiących szybki w drzwiach.
Zanim udałem się do pana, odwiedziłem tawernę, której niegdyś był pan częstym gościem. Nie zaprzeczy pan, że słynie z brutalności, zwłaszcza w stosunku do…
Ciii – nakazał Hektor, przykładając palec wskazujący do ust. Wstał.
Agent obserwował co też mężczyzna wyczynia. Ten podszedł wolnym krokiem do dwuskrzydłowych drzwi i otworzył jedną z jej połówek.
Chciałaś czegoś? – zapytał Cyntię.
Ta zrobiła oczy tak duże, jakby zobaczyła żywego diabła.
Tak…
Co takiego chciałaś? – dopytywał ze sztucznie przyjemnym uśmiechem.
To już nieważne… może poczekać – wypowiedziała powoli, bardzo niepewnie, a głos jej przy tym lekko drżał.
Zapewne.
Pójdę już.
Porozmawiamy w pokoju – zapowiedział z krzywym uśmieszkiem niewskazującym na nic dobrego.
Hektor powrócił na swoje miejsce, po czym spojrzał na Sambora z wyższością.
Ta kobieta zaginęła dwa dni przed moim ślubem. O ile mnie pamięć nie myli, to w tę noc podpisywałem ważny dokument scalający moje nazwisko z rodziną Montenegro.
Nie było pana w domu?
Byłem, nad ranem, ale wtedy pokojówki już nie było. Sam o nią pytałem, bo nie mogłem znaleźć jej też w południe. – Hektor strasznie przeciągał wypowiedzi, jakby sam sobie starał przypomnieć wydarzenia, które przecież przed chwilą wymyślił, bo w rzeczywistości wiedział, że było zupełnie inaczej.
Jaki dokument pan podpisywał?
Jest u Marty Montenegro, proszę jej zapytać, ona wszystko pokaże.
Udam się do niej jutro, z nakazem.
Oczywiście. Wiem, że moja teściowa nawykła do specyficznego rodzaju niesienia pomocy.
To co pani Marta Montenegro nazywa pomocą, ja nazywam utrudnianiem śledztwa. – Sambor uśmiechnął się, wstał i podał Hektorowi dłoń. – Jest pan prawo czy leworęczny?
Praworęczny. Czemu ma służyć to pytanie?
Skoro prawo, to niczemu. Do widzenia. – Agent skłonił się i opuścił gabinet, a następnie całą posiadłość Rodrigezów.

Hektor po wyjściu agenta, wyleciał z posiadłości niczym z procy. Pojechał do posiadłości Montenegro, szybko odnalazł teściową w gabinecie, który niegdyś należał do jej męża – Juliana. Rodrigez skrupulatnie i bez nerwowych, gwałtownych ruchów opowiedział o wizycie Sambora.
Mam dać ci alibi tylko dlatego, że byłeś na tyle głupi, by przespać się z pokojówką? – Marta wydawała się być rozbawiona.
Skąd pani wie, że z nią spałem? – zapytał wprost.
Nie wiedziałam, choć twoją słabość do pokojówek podejrzewałam od dawna. Jej zaginięcie zdawało się być ci na rękę. Poza tym Bastian ma długi język.
Niech mu go pani skróci, bo ja to zrobię. – Oparł się obiema dłońmi o stół przy którym siedzieli i wstał.
Kobieta także wstała i mierząc się z zięciem na spojrzenia, zapytała wprost:
Tak jak skróciłeś język mojemu mężowi?
Nic nie zrobiłem pani mężowi.
Uwierzę w to, jeśli odczytany testament nie będzie na twoją korzyść. Co mam powiedzieć agentowi?
Prawdę. Pokazać dokument i powiedzieć, że mnie pani spiła bym go podpisał. – Uspokoił swoje nerwy i ponownie usiadł na krześle.
Marta uczyniła tak samo, ale nie spuszczała zięcia z oczu.
Mam kłamać?
To kłamstwo najbliższe prawdy, chyba że woli pani się przyznać, że nasłała pani na mnie dwie prostytutki z dokumentem i weszła pani w posiadanie moich dóbr w bardzo nieuczciwy sposób.
Obracasz wady w zalety – zauważyła.
Uczę się od najlepszych.
Hektorze, bądź ze mną szczery – szepnęła z dobrotliwym uśmiechem, czym wpędziła mężczyznę nie tyle w zakłopotanie, co w podejrzliwość.
Marta wstała i zaczęła się przechadzać po pomieszczeniu z dłońmi splecionymi w koszyczek na plecach, a Hektor podążał za nią czujnym wzrokiem, jakby się obawiał, że ta żmija zaraz wbije mu nóż w plecy.
Dlaczego uwziąłeś się akurat na moją córkę? – zapytała wprost.
Zakochałem się.
I tak okazywałeś jej szacunek? – nie dowierzała. – Sypiając z prostytutkami i pokojówkami?
Nigdy po ślubie… – zaczął, jednocześnie wstając. Nie dokończył, bo kobieta podeszła do niego i wymierzyła mu naprawdę mocny cios z otwartej dłoni w lewy policzek.
Zatem dobrze. – Uśmiechnęła się zwycięsko, gdy on rozcierał obolały fragment skóry. – Dam ci alibi, ale to ma się więcej nie powtórzyć. Moja córka ma być z tobą szczęśliwa.
Hektor uśmiechnął się złowieszczo i przestał pocierać policzek dłonią, ale nie zabrał jej z twarzy.
Ma pani ciężką rękę – stwierdził rozbawiony, świadomy, że po poczynaniach Marty pozostanie mu sporych rozmiarów siniec.
Lata wprawy i praktyki – odrzekła.
Dziękuję za alibi.
Nie dziękuj, robię to dla Cyntii i mojego wnuka. Ciebie, gdybym tylko mogła, to pierwszego posłałabym za kratki.
Czym sobie zasłużyłem? – dopytywał, wstając i kierując się do wyjścia.
Od kiedy się pojawiłeś, mam wrażenie, jakbyśmy już kiedyś się poznali. Nie nawykłam jednak do zawierzania intuicji, dlatego dałam ci szanse i sama nakłaniałam moją córkę, by była tobie przychylniejsza. Jednak swoim zachowaniem, utwierdziłeś mnie w teorii, że nie możesz mieć do końca czystych intencji.
Skąd taki pomysł? – Jego uśmiech wskazywał jednoznacznie na lęk i zmieszanie, a Marta bez najmniejszych problemów, to uchwyciła.
Widziałam w swoim życiu wielu zakochanych mężczyzn, ale żaden nie dążył do ołtarza po trupach. Ty postawiłeś wszystko na jedną kartę, nie chciałeś od mojego męża nawet posagu, chciałeś tylko Cyntii.
Byłem zakochany… jestem zakochany.
Na pewno przemawia przez ciebie tylko i wyłącznie miłość? – zrobiła taką minę, jakby go przejrzała na wylot, a potem stanęła przodem do okna i wpatrywała się w krajobraz pustego, zaniedbanego ogrodu.
O co pani chodzi!? – uniósł się nagle, niespodziewanie.
To była spokojna okolica – tłumaczyła wciąż na niego nie patrząc. – Nic złego się nie działo, a od kiedy się pojawiłeś, ginie pokojówka, ginie mój mąż. To wszystko jest bardzo dziwne, Hektorze. – W końcu ponownie na niego spojrzała. W jej oczach wyczytał, że oczekiwała wyjaśnień.
To wszystko nie jest moją sprawką – odrzekł, skłonił się i wyszedł.

Hektor prowadził pojazd szybciej niż zazwyczaj, jakby coś przeczuwał i chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Wszedł do sypialni i niemal od razu zerknął do kołyski. Była pusta. Wtedy zrozumiał, że coś jest nie w porządku. Otworzył szafę i od razu spostrzegł, że brakuje kilku sukien jego żony. W komodzie Marsela nie było kilku ciuszków i koronek. Zauważył brak walizki. Wybiegł z sypialni i zbiegł schodami w dół, potrącił Laurę ramieniem, oczywiście przeprosił, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń.
Nie szkodzi. Hektor!
Tak? – zapytał, odwracając się. Uśmiechem chciał zamaskować zdenerwowanie.
Cyntia zostawiła dla ciebie list w gabinecie.
Dobrze, dziękuję.
Pobiegł więc do gabinetu. Nożem do otwierania korespondencji otworzył białą kopertę i przeczytał:
Witaj Hektorze, choć łatwiej byłoby powiedzieć żegnaj. Wiem co zrobiłeś i być może nawet potrafiłabym ci to wybaczyć, ale nie wybaczę kłamstwa. Nie zniosę życia przy boku kogoś, kto zwyczajnie mnie zakupił, jak jakiś towar. Sądziłam, że ja i Marsel znaczymy dla ciebie więcej… że czujesz do mnie coś więcej, że chcesz, by połączyło nas prawdziwe uczucie, a nie zgodność interesów naszych rodzin.
Do widzenia. Nigdy nie zapomnę naszej podróży poślubnej i godzinnych rozmów podczas leżenia w łóżku w Paryżu. Mam nadzieję, że ty też mnie nie zapomnisz i będziesz wspominał jak najlepiej, pomimo, że nigdy więcej się nie zobaczymy.
Cyntia Montenegro de Rodrigez.

Zapraszam także do kolejnego postu  Rozdział 18: Wyładować swój gniew

Czytam = Komentuję

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na swój blog autorski, gdzie znajduje się więcej informacji jak i opowiadań, oraz linków do nich: http://dariusz-tychon.blogspot.com/