poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rozdział 21: Miłość grecka i irlandzka


Zachęcam także do zapoznania się z wcześniejszym postem  Rozdział 20: W sieci kłamstw z podwójnym dnem

Tym co trafili tu po raz pierwszy, przypominam, że opowiadanie zaczyna się od postu - Wprowadzenie: Na zły początek

Pomieszczenie niedużej sypialni wypełniał gęsty dym papierosowy, a Cyntia nawet nie zadała sobie trudu, by wstać z łóżka i otworzyć okno. Kobieta zaciągała się głęboko, a na jej kolanach, przykrytych letnią pierzyną, leżała popielniczka pełna niedopałków. Mały Marselek wiercił się w swojej starannie wyrzeźbionej kołysce, co jakiś czas kręcąc nosem, gdy śmierdzący dym napływał do jego nozdrzy. Hektor natomiast obrócił się na drugi bok i tym sposobem omal nie wyrzucił całej zawartości popielniczki na prześcieradła.
Ups – szepnęła Cyntia i zebrała poślinionymi palcami odrobinę popiołu i dwa niedopałki, które zdążyły wylecieć zanim pochwyciła popielniczkę w dłonie.
Jeśli spalisz całą naszą trójkę, to nie chciałbym być w twojej skórze, gdy już spotkamy się w piekle – wymruczał ledwie słyszalnie. Poprawił poduszkę pod swoją głowę, jedną dłoń wsunął pod szyję i ponownie zamknął do granic możliwości oczy.
Myślałam, że śpisz – zagadnęła i ugasiła kolejnego papierosa w przezroczystej popielnicy.
Spałem, dopóki mi się siwo przed oczami nie zrobiło – odpowiedział mało uprzejmie.
Cyntia zmarszczyła czoło. Bardzo się jej nie podobał ton jakim zwracał się do niej Hektor. Już samo to, że mruczał pod nosem, ledwie zrozumiale, ją niezmiernie irytowało. Nagle w jej głowie pojawiła się odpowiednia riposta. Uniosła więc kąciki swoich usteczek ku górze i odparła nad wyraz uprzejmym tonem:
Jak mogło ci się siwo zrobić przed oczami, skoro śpiąc ma się zamknięte powieki?
Hektor ani myślał jej odpowiedzieć. Zamiast tego wydał serię poleceń:
Odłóż papierośnice na stolik nocny, wstań i uchyl okno, sprawdź czy Marsel jest dobrze okryty i połóż się spać.
Nie odpowiedziałeś na pytanie – zauważyła. – To niesprawiedliwe. – Odłożyła popielniczkę i papierośnice, a sama zawisła na ramieniu męża. – Jesteś pewny, że mam stanąć w oknie taka roznegliżowana? Gdy wcześniej w takim stroju zamykałam lufciki, to bardzo się zdenerwowałeś.
Do Hektora dotarło, że jego żona ma na sobie tę samą koszulkę nocną, którą wcześniej z niej zdejmował, a jeszcze wcześniej ganił ją za to, że w takim ubraniu stawała na parapecie.
A czy ty kiedyś widziałaś sprawiedliwość na tym świecie, kobieto? – zapytał retorycznie, jednocześnie chwytając lewą dłonią za jej prawe ramię i przerzucając ją tak, by znalazła się przed nim, a nie tak jak wcześniej – za nim.
Kobieta pisnęła zaskoczona, ale gdy poczuła pod plecami miękkość materaca to się uspokoiła i nawet uśmiechnęła. Zobaczyła twarz, wciąż jeszcze nieco zaspanego, Hektora nad sobą i uniosła się na łokciach, by sięgnąć jego ust. Mężczyzna odchylił się nieznacznie do tyłu, przez co ledwie dotknęła wargami jego brody. Z początku myślała, że to zwykły przypadek, a więc spróbowała jeszcze raz, ale ten wykonał taki sam manewr i nawet przy tym się bezczelnie uśmiechnął. Kiedy zauważył, że Cyntia zrażona jego unikami nie podejmuje kolejnej próby, sam usiłował złapać ustami jej dolną wargę. Żona jednak poszła za jego przykładem i przesunęła się na łóżku nieco w bok, podążając na łokciach w stronę swojej połówki. Hektor ani myślał odpuścić i powoli stąpał dłońmi ułożonymi na materacu w taki sposób, że Cyntia znajdowała się między nimi, aż w końcu przyparł kobietę do ramy łóżka, gdzie nie miała już drogi ucieczki.
Słyszała pani kiedyś, pani de Rodrigez, że przed mężem się nie ucieka? – zapytał żartobliwie i przechylił głowę tak jakby chciał złączyć swoje usta z jej ustami. Nie uczynił jednak tego od razu. Dzieliły ich wargi ledwie dwa minimetry, a on kontynuował szeptem: – To wręcz niedopuszczalne.
Powaga w jego głosie, lekka chrypa i ostra woń dymu papierosowego wdzierająca się do nozdrzy – to wszystko wywoływało gęsią skórkę na drobnych, kobiecych przedramionach.
Otworzę to okno – powiedział nagle, wymijając ją.
Cyntia rozkojarzona i zawiedziona, patrzyła na jego poczynania, a ten jak gdyby nigdy nic szarpnął za klamkę i wpuścił do pomieszczenia świeże, i wilgotne od deszczu, powietrze. Potem zabrał papierośnicę ze stolika nocnego i oznajmił:
Laury?
Wzięłam z twojego gabinetu – wyjaśniła i wstała z łóżka, by podejść do palącego męża. Drobne i zwinne paluszki zaczęły rozpinać satynową koszulę od piżamy, którą miał na sobie.
Gdy już udało jej się rozpiąć całą, liczyła na to, że Hektor zrzuci ją z siebie, ale ten tylko, jednym ruchem barków, zarzucił ją mocniej na ramiona. Wsunął papierosa do ust i sięgnął po zapałki do pobliskiej komody, zostawiając kobietę samą, stojącą na środku sypialni.
Ty ode mnie uciekasz? – chciała go zapytać, ale niespodziewanie usłyszała trzask zamykanej komody. Nawet nie zauważyła kiedy Hektor ponownie otworzył jedną z jej szuflad. Usłyszała natomiast kiedy ją zamknął. – Co robisz? – dopytywała, starając się zerknąć przez jego ramię.
Nic takiego – odpowiedział, stając tak, by nie mogła niczego dojrzeć.
Ale co robisz? – powtórzyła pytanie i tym razem starała się zerknąć z drugiej strony. Nawet podeszła bliżej.
Już mówiłem, że nic takiego. – Ponownie postąpił krok w bok, by nie mogła niczego dostrzec.
Jak chcesz mi coś ofiarować, to ofiaruj. Nie musisz się tak z tym kryć. – Uśmiechnęła się szeroko i podeszła na tyle blisko, by móc położyć dłonie na jego barkach.
Ale ja nie chcę tobie niczego ofiarowywać – odrzekł, odwracając się przodem do niej i zamykając szufladę swoimi plecami.
Wyraźnie się z czymś krył. Cyntia domyślała się, że to coś trzyma w dłoniach splecionymi z tyłu.
Daj mnie – zażądała i wyciągnęła lewą dłoń przed siebie.
Po łapach? – warknął żartobliwie i uśmiechnął się równie szeroko co ona.
Nie – odpowiedziała przeciągle. – To co masz za plecami. – Nie czekając na reakcje męża, usiłowała sięgnąć za jego plecy i sama to wydobyć.
Hektor odskoczył w bok, a potem lekko się odwracał na piecie tak, by zawsze stać do niej przodem i nie pozwolić jej zerknąć za swoje plecy.
Zirytowana Cyntia odetchnęła, spojrzała ze złością na męża i wyjęła papierosa z jego ust. Zaciągnęła się i wyczekiwała. Kiedy ponownie zbliżyła papierosa do ust, Rodrigez po niego sięgnął i ugasił w pobliskiej, do połowy pełnej zimnej herbaty, filiżance.
Palisz jak smok – skomentował i chwycił żonę za ramie. Okręcił ją szybko jednym, zdecydowanym szarpnięciem tak, by stała do niego plecami. Zza pleców wyjął drugą dłoń. Trzymał w niej bordowy, wiązany krawat, który niebawem znalazł się przed oczami kobiety, a potem dotknął jej ciała.
Co robisz? – zapytała z lekkim strachem, dostrzegając, że ogarnia ją ciemność, a element garderoby jej męża jest wiązany, na masywny pęk, z tyłu jej głowy. Co prawda wcześniej też nie było jasno, ale słaba żarówka umiejscowiona w lampie nocnej rzucała nieco światła. Natomiast teraz było aż czarno.
Wyczuła zarost Hektora na swojej szyi, gdy zbliżył swoje usta do jej ucha.
Nic takiego – szepnął uwodzicielsko. – Postaraj się nie myśleć o niczym. Tylko czuć i nasłuchiwać.
Nasłuchiwać, nasłuchiwać – pobrzmiewało w jej głowie niczym echem. I nasłuchiwała. Słyszała jak szumią liście za oknem, jak drobne krople jesiennego deszczu wystukują swoją własną, niepowtarzalną melodie o parapet. Usłyszała kroki, które bez wątpienia należały do Hektora, a potem jak nienaoliwiona kołyska Marsela zostaje wprawiona w ruch. Niespodziewanie poczuła jak palce Rodrigeza zaciskają się na jej ramionach. Wzdrygnęła się na sam dotyk.
Ufasz mi, Cyntio? – zapytał szeptem i pocierał dłońmi w górę i w dół tak, by w końcu sięgnąć ramiączek jej skąpej koszulki nocnej, złapać je, i sunąć z nimi ku dołowi, jednocześnie językiem zaznaczając drogę jaką przebywa jej ubranie.
Cyntia czuła wilgoć jaką zostawił na jej karku i kręgosłupie, był niemal przy samym krańcu pleców, gdzie zaczynały się jej pośladki, ale mimo tego się nie zatrzymywał. Poczuła strach, niczym nieuzasadniony strach, wstyd i skrępowanie... najbardziej skrępowanie.
Nie! – krzyknęła nagle i odskoczyła od niego niczym oparzona, jednocześnie odwracając się przodem. Nawet nie wpadła na pomysł, by najpierw zdjąć ze swoich oczu ciemny krawat, który całkowicie odebrał jej zmysł widzenia.
Kobieta usłyszała kroki swojego męża i odstąpiła w tył, jednocześnie dłonie unosząc w geście obrony do góry, na wysokość klatki piersiowej. Hektora może w innej sytuacji taka reakcja, by bawiła i niezmiernie podniecała, ale Cyntia nie była jak inne kobiety, była jego żoną i nie lubił, gdy się lękała czegokolwiek, zwłaszcza jego. Poza tym czuł strach, że zaraz na coś wpadnie, o coś się potknie, przewali i potłucze. Wyciągnął więc dłoń i złapał za nadgarstek żony.
Zostaw – szepnęła przerażona.
Spokojnie! – nieznacznie się przy tym uniósł. – Nic tobie nie zrobię – zapewnił już znacznie ciszej i szarpnięciem pociągnął ją w swoją stronę z taką siłą, że omal nie wpadła na jego klatkę piersiową. Złapał za jej ramiona i nie pozwolił już na to, by się od niego oddaliła. Wyczuł jak drży. – Spokojnie, uspokój się – szepnął.
Możesz mnie...
Za moment. Najpierw ci to odwiążę – zaproponował i sięgnął jedną dłonią na tył jej głowy, gdzie starał się odnaleźć supeł. Poluzował go na tyle, by móc odsłonić jej oczy.
Bordowy krawat wylądował na dywanie w kwiecisty wzór o zbliżonym do niego kolorze, a kilka łez stoczyło się po policzku Cyntii i sięgnęło jej drgających ze strachu warg.
Nie bój się mnie – polecił delikatnie, a na jego twarzy wymalował się wyraz, co najmniej, szoku. Drżącą dłonią sięgnął jej policzka i starł jedną ze słonych kropel, która nie chciała sama się stoczyć, i kurczowo trzymała się jej rzęski.
Nie boję się... – odparła niepewnie – ale co chciałeś zrobić? – ciągnęła dalej, zakańczając swoją wypowiedź pytaniem. Pytaniem, które teraz dla Hektora było bardzo niewygodne.
Tylko sprawić tobie przyjemność. Nic więcej.
Słysząc jego słowa, poczuła się co najmniej głupio. Zrozumiała, że jej mąż nie miał żadnych złych intencji, a ona się zwyczajnie wygłupiła. Ta przed chwilą nabyta wiedza i przekonania, tylko ją zasmuciły, i wycisnęły z niej kolejne pojedyncze łzy.
Hektor widzą jej reakcję, nie wiedział jak ma się zachować. Był w takiej sytuacji po raz pierwszy i już teraz mógł stwierdzić, że nigdy nie chce być w żadnej, choćby w najmniejszym stopniu, podobnej. Kontemplował czy powinien ją przeprosić, paść na kolana za sam taki pomysł, a nie tylko za jego realizacje, czy może zwyczajnie ją przygarnąć ramieniem, objąć i pocałować w miękkie, rozpuszczone włosy, sięgające do połowy pleców.
Przepraszam – szepnęła niespodziewanie.
Nie masz za co. – Kąciki ust Rodrigeza uniosły się nieznacznie ku górze. Był zadowolony z tego, że to Cyntia wykonała, poniekąd ten pierwszy, krok, i że nie musiał się już zastanawiać nad tym co powiedzieć. W tym wypadku łatwiej było mu odpowiadać, niż pierwszemu układać zdania.
Jesteś zły – szepnęła, wyczuwając jego stan. Jego dłonie o wiele za mocno zaciskały się na jej drobnych ramionach, szczękę miał zaciśniętą, a mięśnie napięte do granic możliwości.
Nie jestem – odparł pośpiesznie i starał się rozluźnić, by nie okazywać żonie żadnych, choćby najmniejszych z negatywnych uczuć. – Jesteś bardzo młoda – wyjaśnił, przykładając całą dłoń do jej policzka. – Jesteś bardzo młoda – powtórzył – a ja uraczyłem cię bardzo śmiałym pomysłem. Za śmiałym – dokończył delikatnie, pocierając kciukiem o jej miękką, niemal aksamitną skórę twarzy.
Naprawdę nie jesteś zły? – dopytywała, dygocząc na całym ciele. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z zasłoniętych zasłoń i zapalonego światła kinkietów, jak i żyrandola. Co prawda jasność, która aż zabolała jej oczy, poczuła już na początku, ale wtedy całkowicie nie pamiętała o tym, że jest zupełnie naga.
Hektor też zdał sobie sprawę z jej nagości, ale on zupełnie nie przejmował się tym, że ją widzi. Jego zdaniem nie powinna czuć się skrępowana, gdy patrzy ma jej ciało jej własny mąż. Rodrigez po prostu martwił się o to, by nie zachorowała, gdyż okno było cały czas szeroko otarte. Zsunął ze swoich ramion satynową górę od piżamy i okrył nią kobietę, która ręce już splotła na piersiach tak, by nie mógł ich zobaczyć. Hektor wiedział, że w ten sposób nie ma możliwości zapiąć guzików, a tym tym bardziej nie zapewni jej komfortu, poza tym takie powierzchowne okrycie jedynie pleców, niczego nie załatwi.
Włóż ręce do rękawów – polecił i jakby dla potwierdzenie swoich słów chwycił za jeden z jej nadgarstków i usiłował odkleić jej rękę od ciała, do którego ją na obecny moment dosłownie przytwierdziła. – Cyntio, por favor – poprosił, ale nieustępliwym tonem.
Najpierw zgaś światło – poleciła niepewnie i spuściła głowę. Wpatrywała się w przestrzeń między stopami jej i jej męża. Dopiero wtedy zauważyła, że Hektor ma przyrośnięte dwa środkowe palce do siebie i to u obydwóch nóg.
Najpierw się ubierz – trwał przy swoim.
Prosiłam byś zgasił światło – przypomniała, podnosząc na niego załzawione oczy.
Pokręcił głową i oznajmił:
Nie ma mowy. Jesteś moją żoną, mam prawo cię widzieć, także nagą.
Ale ja nie chcę...
Ale się uspokój, w tej chwili – zakomunikował ostro. – I przestań się tak zachowywać, jakbym był dla ciebie obcym człowiekiem – dodał jeszcze ostrzej i ponownie chwycił za jej nadgarstek.
Nie jesteś obcy, ale...
Ale? – dopytywał spokojnie.
Ale... – ponownie nie wiedziała jakiego słowa wypada użyć.
Ale co!? – wrzasnął zirytowany. – Wzięło cię na odprawianie jakiś sztuk wydumanych nie wiadomo skąd – dodał równie ostro co wcześniej zadane pytanie.
Po prostu się wstydzę – szepnęła i poczuła kolejne łzy na swoich policzkach.
Hektora wyraz jej twarzy, tego zakłopotania i niepewności, poraził na tyle, że postanowił nieco odpuścić, przynajmniej tym razem. Chwycił żonę za ramię i okręcił tyłem do siebie. Chwycił za swoją koszulę, którą miała zarzuconą na ramiona i polecił po raz kolejny, by wsunęła dłonie do rękawów. Tym razem oznajmił jej także, że zamknął oczy.
Nie wierzę ci – powiedziała niewyraźnie i pociągnęła nosem, starając się ze wszystkich sił, oby się czasem nie rozkleić na dobre. Bardzo nie chciała ryczeć niczym młoda, niewinna i zupełnie niedoświadczona panienka.
Rodrigez się uśmiechnął, ale nie był to uśmiech szczęśliwca, ani śmiech rozbawienia. Był niezwykle zirytowany i dało się to wyczuć. Właściwie to wiedział, że mógł ją odesłać do łóżka, nakazać się przykryć i zwyczajnie zamknąć okno, ale nieposłuszeństwo żony denerwowało go i podniecało jednocześnie. W tym przypadku bardziej denerwowało, więc zamiast chwycić ją w ramiona i zmusić do pocałunku, wolał złapać brutalnie za jej rączkę, szarpnąć i wcisnąć do jednego z rękawów.
Nie urządzaj teatrzyków – warknął cicho, poprzez zaciśnięte zęby, gdy usłyszał szloch wydobywający się z piersi kobiety. – Wstydzić się własnego męża, cóż za niedorzeczność. Doprawdy, z większą się w życiu nie spotkałem.
Zapiął dwa guziki, resztę nakazał, by dokończyła sama zapinać, a następnie wskazał dłonią na łóżko.
Kładź się i dobrze przykryj, bo jesteś lodowata.
Sam skierował się w stronę okna, zamknął je, a potem bez słowa wyjaśnienia, gdy tylko położyła się do łóżka, on sięgnął po szlafrok i wyszedł z pokoju, zakładając go na siebie jednocześnie.

Rodrigez udał się do Charliego, gdzie wszedł bez pukania. Wiedział, że mężczyzna nie zamyka drzwi na klucz, w obawie, że owy klucz zgubi, a wtedy jedyną opcją będzie wydostanie się z pokoju oknem, a tego Charlie, z powodu lęku wysokości, pragnął uniknąć. Hektor chwycił za karafkę oraz szklankę i zasiadł w wygodnym fotelu. Blondyn uniósł się na łokciach na łóżku i dostrzegając postać, siedzącą naprzeciw niego w tej niemal egipskiej ciemności, nieco przerażony zapytał:
Kto tam?
Ja. – Większy komentarz był zbędny. Wiedział, że wieloletni przyjaciel rozpozna go po głosie.
Charlie sięgnął najpierw po swoją marynarkę i rozpoczął poszukiwanie zapałek po kieszeniach.
Znowu ognia zgubiłem, choler! – przeklął, a Hektor tylko się zaśmiał.
Brunet zastanawiał się czy już teraz wyprowadzić Charliego z błędu spowodowanego zaspaniem, czy poczekać do chwili aż mężczyzna zechce podpalić żarówkę zapałką. Zdecydował się na to drugie. Oparł się więc wygodnie o oparcie fotela i wyczekiwał z lekkim uśmieszkiem złośliwości wymalowanym na twarzy.
Rodrigez nie doczekał się momentu, w którym Charlie zbliżałby ogień do szkła żarówki, ale też nie doczekał się chwili, w której mężczyzna chwyciłby za sznureczek lampy, pociągnął i rozświetlił pomieszczenie.
Użycz zapałek – usłyszał polecenie.
Hektor zaczął żałować, że zostawił pudełeczko wykałaczek z łepkami siarki na komodzie, nieopodal popielniczki. Był więc zmuszony wyprowadzić Gerdę z błędu i samemu udać się w kierunku włącznika prądu. Uniósł miniaturową dźwignie ku górze, a żyrandol zawieszony pod sufitem, oświetlił pokój blaskiem, z początku delikatnym, a potem coraz jaśniejszym.
Charlie z załamaniem zakrył twarz dłońmi i opadł na miękkie poduszki.
Kiedyś cię zabiję, Rodrigez – zagroził zmęczonym głosem, a Hektor w tym czasie przechadzał się po jego pokoju ze szklaneczką w dłoni, co jakiś czas upijając z niej naprawdę niewielki łyk, jakby miał zamiar delektować się posmakiem tego trunku.
Oby twe słowa nie okazały się prorocze – nawiązał do słów Charliego, ale uczynił to z niebywale dużym opóźnieniem. – Napij się ze mną. – Podszedł do komody i napełnił drugą ze szklanek. Podał ją Gerdzie do samego łóżka, z zachowaniem przyzwoitości godnej kelnera.
Na srebrnej tacy? – zdziwił się blondyn, obserwując wyprostowanego Rodrigeza z jedną dłonią ukrytą za plecami. – Cóż za gracja i maniery – zażartował, biorąc pewnie szklankę w dłoń.
Bycia kelnerem nigdy się nie zapomina. – Uśmiechnął się sztucznie od ucha do ucha i odkładając tacę na komodę, wyczekiwał aż Charlie podniesie się z łóżka, założy szlafrok i zasiądzie w fotelu po drugiej stronie ławy. W końcu jednego czego teraz było mu trzeba, to obalenia pół litra whisky, z kimś będącym mu naprawdę bliskim.

O tym, że Hektor Rodrigez był w przeszłości nie tylko ogrodnikiem, ale także kelnerem, wiedział nie tylko Charlie Gerda. Do takich informacji dokopali się także agenci policji, którzy ukryci w swoim miejscu pracy, popijając mocną, czarną kawę, nocami kontemplowali nad rozwiązaniem zagadki.
To niemożliwe, by z panicza zostać niemal bezdomnym, a potem ze zwykłego łachmaniarza stać się ogrodnikiem, kelnerem, muzykiem, aż w końcu wielkim przedsiębiorcą, Hektorem Rodrigezem właścicielem bla, bla, bla... – zaczął Ernest Sambor.
Muzykiem był wcześniej, zanim wyjechał do Londynu, potem był kelnerem, a dopiero potem ogrodnikiem u Solcmanów – sprostował Rupert, któremu było łatwiej się w tym wszystkim odnaleźć, dzięki skrupulatnie przyrządzonym notatkom. Notatki te były niezwykle treściwe i zapisane na wygniecionej, krzywo wydartej kartce, którą mężczyzna nawykł nosić w portfelu, w przegródce, gdzie gromadził także zdjęcia swoich córek.
To nieważne. Chodzi o to, że ktoś pozacierał po nim wszelkie ślady. Mamy informacje, że był na komisariatach i był przesłuchiwany, ale zapisów z tych przesłuchań nie mogą odnaleźć, i zapewne nigdy już nie odnajdą. Jedno archiwum zalane, drugie spalone, ocalała mała ilość dokumentów. – Ernest zagryzł paznokieć swojego kciuka przednimi zębami. – Był nikim, a stał się wielkim panem – dopowiedział, nie zabierając palca od ust.
Mógłby wydać poradnik o tytule Od pucybuta do pana włości. Kupiłbym. – Wysoki brunet przechylił szklankę do dna i wypił gorącą kawę, jakby była jakimś mocnym alkoholem. Smaku jednego i drugiego nie znosił, a więc nie czyniło mu to znacznej różnicy. Może z wyjątkiem takiej, że po alkoholu się rozluźniał, a po kawie był jedynie pobudzony, ale ni trochę nie było mu lepiej i bardziej rześko. Czuł się tak, jakby nadal mu się chciało spać, ale po prostu nie potrafił zasnąć. Zmęczenie gdzieś tam ciągle w nim tkwiło, ale było zamaskowane kofeiną i nie pozwalało na zamknięcie powiek.
A co robi nasz William? – dopytywał Ernest, nie ukrywając nawet swoich myśli, że młody Oldman jest na chwilę obecną ich jedyną, i prawdopodobnie też na stałe, ostatnią nadzieją na dotarcie do prawdy. Myśli te miał dosłownie wypisane na twarzy.
William? – zapytał Rupert, którego mózg już ponad godzinę temu odmawiał posłuszeństwa. – A! Ten młody chłopak! – wykrzyknął szczęśliwy. – Pije – dodał nagle, odwracając uśmiech do góry nogami, by uczynić podkówkę.
Jak to pije!? – Sambor się tak bardzo zirytował, że aż podniósł swoje cztery litery z niewygodnego krzesła.
Normalnie, tak jak my pijemy kawę, on pije wódkę i inne tanie trunki. Zrobił sobie przerwę.
Jakim prawem uczynił przerwę, nim w ogóle zaczął!? – wrzeszczał starszy, pucołowaty agent policji.
Jakim prawem, to nie wiem, ale powiedział mi, że w myśl zasady co masz zrobić dziś zrób pojutrze, a będziesz miał dwa dni wolnego. Ja tam go popieram, dlatego idę do domu. – Rupert wstał, założył beret na swoje ciemne włosy, a ciepłą marynarkę na podszewce przewiesił przez przedramię i nie czekając na pożegnanie ze strony szefa, opuścił koszary.

Kiedy William Oldman zalewał swoje smutki kolejnymi litrami gorzkiej gorzały, Hektor Rodrigez powracał do sypialni na równie chwiejnych nogach. Zwalił się na łóżko, nawet nie czując potrzeby, by uprzednio zdjąć szlafrok. Pewnie, gdyby pokoju nie opuścił na bosaka, to teraz także nie czułby potrzeby rozsupłania sznurówek i pozbycia się butów.
Cyntia czuła zapach jeszcze nieprzetrawionego alkoholu, unoszący się oparami w powietrze. Westchnęła, a po chwili cała zesztywniała, gdy poczuła dotyk palców własnego męża, na swoim ramieniu. Rodrigez wyczuł stan żony, więc odpuścił i zabrał dłoń.
Przepraszam – szepnął niewyraźnie.
Młoda kobieta postanowiła udawać, że śpi, by czasami nie sprowokować Hektora do czegoś, czego oboje będą żałować. Z plotek zasłyszanych wokoło, jeszcze gdy była panienką, wyniosła jedno – że mężczyźni pod wpływem alkoholu stają się nieobliczalni i najlepszym sposobem na takich jest unikanie ich, albo przynajmniej wszelakiego z nimi kontaktu.
Nic tobie nie zrobię – zapewnił jeszcze bardziej niewyraźnie co przepraszał. – Za impulsywnie, za impul...zaza zareagowałem – wyjaśniał mową tak zawiłą i poplątaną, iż ledwie dał się zrozumieć. – Jesteś młoda, młoda bardzo jesteś i nie powinienem, bo prawo masz prawo...
Lepiej już nic nie mów – przerwała mu, bo nie mogła dłużej słuchać tych zlepionych z sobą i mruczanych pod nosem zdań, z których rozumiała naprawdę niewiele.
Ale chcem przeprosić, pozwól mnie, por favor – szepnął, obejmując ją od tyłu. Położył otwartą, dużą, męską dłoń na jej brzuchu i przyciągnął ją do siebie tak mocno, iż jej plecy zderzały się z jego, niemal nagą, klatką piersiową.
Cyntia miała ochotę otrząsnąć się z dotyku męża, ale bała się, że takim zachowaniem może go tylko niepotrzebnie zdenerwować. Zdecydowała się więc na bierność, po cichu licząc na to, że jej mąż szybko uśnie i nie uczyni niczego więcej. Ten jednak ani myślał spać. W głowie mu było jedynie się pogodzić, ale do tego celu dobrał nie najlepsze środki. Jego usta znalazły się na szyi żony, delikatnie zassały fragment jej skóry.
Nie powinienem był cię do nicemu... zmuszać – szepnął zaspany. Powieki zaczęły mu mimowolnie opadać.
Jeśli nie chcesz mnie do niczego zmuszać, to mnie zostaw i się ode mnie odsuń – warknęła zirytowana.
Dobrze. – Zabrał ręce i odsunął się na odległość, co najmniej, trzydziestu centymetrów.
Cyntia odetchnęła z ulgą i zamknęła oczy, chcąc jak najszybciej zasnąć i przetrwać tę noc, niestety nie było jej to dane, bo ledwie co opadły jej powieki, a już usłyszała:
Żona nie powinna odmawiać mężowi.
Zaciskała piąstki do granic możliwości i zmuszała samą siebie do tego, by zagryźć język zębami, milczeć i nie odnieść się do męża z brakiem jakiegokolwiek, choćby najmniejszego, szacunku. Czego się bała? Tego, że Hektor w takim stanie, będzie w stanie zrobić jej krzywdę i to taką, która nie może się nawet równać z wymierzeniem policzka czy uderzeniem w inną część ciała. Obawiała się, że mąż odbierze jej resztki godności i szacunku do samej siebie, który już i tak znacznie zanikał przez to co razem robili, przez to na ile się godziła, jak bardzo jemu ulegała, i z powodu kłamstwa, brzydkiej intrygi, którą sama uknuła, i w którą sama się wpakowała.
Bycie blisko z mężem, to obowiązek małżeński żony – przemówił Hektor niezwykle wolno, jakby chciał, by każde jego słowo było wyraźne i dobrze słyszalne. Wyjątkowo to mu się udało, nawet teraz, gdy był pod tak dużym wpływem alkoholu.
Słowa Rodrigeza, choć nie było ich dużo, to w zupełności wystarczyły, by w Cyntii wzbudził się bunt, gniew i chęci do przedstawienia własnego, osobistego zdania na ten temat.
Uniosła się na łóżku do siadu i zaczęła swój wywód:
Sugerujesz, że ja nie wypełniam swoich obowiązków małżeńskich? – zapytała, przykładając pięść do klatki piersiowej. – Ja!? – dodała już z takim zdenerwowaniem, że nawet nie zauważyła kiedy zaczęła podnosić głos. – Staram się wypełniać twoje zachcianki! – zaczęła krzyczeć i jednocześnie wstawać z łóżka. – Jestem ci posłuszna! Urodziłam ci syna! Dla ciebie to mało!? – wrzeszczała już na całego. – Kto uwierzy w to, że nie spełniam swoich obowiązków, skoro Marsel ma ledwie trzy miesiące!?
Cyntia podeszła do okrągłego stolika i drżącymi dłońmi sięgnęła po dzbanek z wodą, by napełnić szklankę przezroczystą cieczą. Upiła kilka łyków i gdy Hektor miał się właśnie odezwał, ona go ubiegła.
Chcesz się teraz kochać? – zapytała wprost, patrząc mu w oczy. Czuła jak łzy ciekną ciurkiem po jej twarzy. – Proszę bardzo, nie zamierzam wychodzić z pokoju ani uciekać – oznajmiła, siadając na łóżku. – Jednak będzie to miłość wymuszona. Będziesz zmuszony wziąć mnie siłą, bo ja nie zamierzam się na to w tej chwili godzić – dodała, kładąc się do łóżka. Odwróciła się plecami do męża i drżąc na całym ciele, wyczekiwała w dużym przestrachu jego reakcji.
W tej chwili Cyntia spodziewała się naprawdę wszystkiego, ale nie tego, czego jej mąż dokonał.
Dobranoc – szepnął i opadł na poduszki. Zamknął powieki i dosłownie kilka minut po tym czynie zaczął pochrapywać.

Cyntia przez ponad godzinę jeszcze popłakiwała, możliwie jak najciszej, by Hektor tego nie usłyszał i by się tylko nie potrzebnie, po raz kolejny tej nocy, nie denerwował. Nie była gotowa na kolejną tego typu konfrontację z mężem, w obawie, że tę następną mogła przegrać i to z kretesem, a po tej przegranej już nigdy więcej się nie pozbierać do takiej całości jaką była w chwili obecnej. W końcu jednak zasnęła, ale czujnym snem, z którego przy najmniejszym ruchu wyczuwalnym za plecami, przenosiła się natychmiastowo na jawę i zerkała za siebie, upewniając się czy jej małżonek nadal śpi.
Kiedy już uspokoiła się na tyle, by zasnąć nieco głębiej, to Marsel przeszkodził jej w odpoczynku. Chłopiec zaczął płakać z powodu mokrej pieluszki i pustoty odczuwalnej w brzuszku.
Zmęczona i z zaczerwienionymi od płaczu, i pocierania, oczami młoda matka zwlekła się z łóżka, i stanęła przy kołysce. Zaczęła rozbierać chłopca z niemowlęcej sukienki i przydługiego kaftanika, gdyż ten także był cały zalany.
Trzeba będzie zmienić ci prześcieradło – powiedziała, biorąc nagiego, okrytego jedynie czystą pieluszką, syna na ręce.
Przełożyła chłopca na łóżko, kładąc go nieopodal męża. Ubrała na siebie szybko podomkę, zasupłała dolne wiązania, górne pozostawiając spuszczone i ponownie wzięła płaczącego maluszka w ramiona. Była zdziwiona, że Hektor nie usłyszał płaczu Marsela, gdyż na płacz syna mężczyzna był niezwykle wyczulony i zawsze wtedy do niego śpieszył, by jego pierworodny nie uronił ani łezki więcej niż to było konieczne.
Cyntia pociągnęła na sznurek, a dzwonek w pomieszczeniu przeznaczonym dla służby, zabrzmiał dobrze wszystkim znanym dźwiękiem. Już po minucie jedna z pokojówek, która akurat miała dyżur, zjawiła się przed pokojem państwa Rodrigez i zapukała cichutko. Pomimo, że młoda dziewczyna niezwykle się spieszyła, Cyntia uraczyła ją nieuprzejmym tonem i słowami:
Co tak długo!?
Przybyłam najszybciej jak to tylko było możliwe – tłumaczyła się Dagmara.
Nieważne – syknęła zirytowana. – Przynieś mi czyste prześcieradła, najlepiej dwa i zabierz te brudne.
Oczywiście. – Pokojówka podeszła do kołyski, zabrała zasikane materiały i wyszła z pokoju, a Cyntia chodziła od ściany do ściany, by uspokoić wrzeszczącego wniebogłosy Marsela.
Bądź cichutko, mamusia prosi – nawoływała do rozsądku trzymiesięcznego niemowlaka, który ani myślał jej słuchać i zdawał się wydzierać coraz głośniej. – Czego ty chcesz? – pytała z początku spokojnie i starała się go czymś zabawić. Chodziła więc po pokoju, nuciła, śpiewała, próbowała nakarmić, smyrała po policzkach, pokazywała grzechotkę, którą dostał od Hektora, ale nic nie zdawało rezultatu. – Zamkniesz się w końcu czy nie? – zapytała przez zęby.
Pokojówka stanęła w drzwiach pokoju bez pukania, czym zapracowała na ostrą reprymendę od pani Rodrigez. Potem Cyntia uśmiechnęła się sztucznie i zaczęła nucić synkowi, czyli ponownie weszła w swoją rolę i skryła szczere emocje pod płaszczem przyzwoitości, i tego co wypadało publicznie. Jednak gdy tylko Dagmara wykonała swoją pracę i oddaliła się do poprzednich obowiązków, Cyntia położyła Marsela do kołyski, obmyła go i ubrała bez żadnej delikatności, pomimo tego, że chłopiec bardzo się wiercił i płakał tak mocno, że aż się zanosił. Zakołysała jego łóżeczkiem i na tym skończyła się jej rola matki. Chwyciła za papierośnice pozostawioną przez Hektora na komodzie i wyszła na balkon.
Kiedy wróciła chłopiec dalej wrzeszczał, na dodatek ktoś pukał do drzwi. Otworzyła bez pośpiechu, wcześniej biorąc syna na ręce, by nie wyjść w oczach innych na wyrodną i złą matkę. Na korytarzu stał Charlie, ubrany w pasiastą piżamę i gładki, granatowy szlafrok. Pytał czy wszystko w porządku.
Tak – odparła zirytowana.
Nie macie piastunki? – zdziwił się, dostrzegając jej zmęczenie i wrzeszczącego chłopca, którego nie sposób było przeoczyć.
Nie – odpowiedziała warknięciem, a Charlie bez pytania wyciągnął ręce po niemowlę. Cyntia oddała mu je bez słowa, jakby właśnie pozbyła się niechcianego kłopotu. – Jeśli pan chce może pan go wziąć do siebie.
Nie, dziękuję. Tutaj z nim trochę pochodzę, jeśli można. – Wskazał brodą na salon.
Proszę bardzo.
Jest pani zmęczona – zauważył, starając się malca czymś zająć. Z początku były to nitki abażuru, a potem kieszonkowy zegarek. To drugie zdało rezultat.
Nie takiego życia chciałam – przyznała, odpalając kolejnego papierosa i siadając na kanapie w salonie.
Hektor, być może, nie jest łatwym człowiekiem, z pewnością nie jest idealnym, ale jeśli czegoś mogę być pewnym na tym świecie, to tego, że pan Rodrigez kocha swą żonę nad życie, a pani jest jego żoną. Tak samo mocno kocha syna. – Charlie starał się tłumaczyć w sposób możliwie jak najcieplejszy i najdelikatniejszy.
Nie mówię o mężu, Charlie – szepnęła i sięgnęła po marynarkę Hektora przewieszoną przez krzesło, mając świadomość, że w wewnętrznej kieszeni jej mąż skrywa piersiówkę. Zrobiła łyka mocnego trunku.
Nie chciała być pani matką – wywnioskował. – To widać – szepnął i spuścił wzrok, zanim zdążyła wbić w niego pytające spojrzenie.
Zakręciła piersiówkę męża i odłożyła na miejsce, by ten się nie zorientował, iż w ogóle ją ruszała.
To nie jest takie proste, Charlie – przyznała bardziej przed samą sobą, niż przed niemal zupełnie jej obcym mężczyzną.
Nic nigdy nie jest proste, pani Rodrigez. Dorosłość szczególnie. Łatwo w młodości popełnić błędy, które później nie sposób naprawić, bo niektórych ran, zwłaszcza tych na sercu, nie da się zaleczyć, a one się nie zabliźniają nawet po kilkunastu latach. Marsel to blizna pani młodości, pani krzyż i to szczególnie pani powinna go nieść, z dumą, a nie z żalem i pretensjami do Bogu Ducha winnego dziecka.
Co ty możesz wiedzieć!? – chciała wrzasnąć, ale słowa nie przechodziły jej przez gardło. Otworzyła nieznacznie usta, była zaskoczona wyznaniem Charliego i obawiała się, że blondyn może znać prawdę.
Umiem liczyć – oznajmił. – Pobierałem nauki z medycyny, a ma matka była akuszerką. Marsel nie wygląda i nigdy nie wyglądał na wcześniaka – szepnął na tyle cicho, że znajdując się tak blisko niego, ledwie go usłyszała. – Proszę go nakarmić, już się uspokoił. – Przekazał chłopca matce, kładąc go na jej kolana.
Jak śmiesz – warknęła i pochwyciła syna. Wstała i wymierzyła Gerdzie siarczysty policzek. Chciała nawet wymierzyć drugi, nie zważając na płacz Marsela, ale Charlie pochwycił ją za nadgarstek, i nie pozwolił kolejnemu uderzeniu nadejść.
Pani reakcja utwierdziła mnie w przekonaniu, że albo chłopiec jest dzieckiem nieślubnym, albo wcale nie płynie w nim krew Hektora Rodrigeza. – Spojrzał osiemnastolatce głęboko w oczy i starał się zanurkować w ich głębie, by z samego dna wyłowić prawdę. – Proszę się nie obawiać. Nigdy więcej nie wyznam swych powątpiewań na głos i nie uczynię tego dla pani, a dlatego dzieciątka, by go nie ukrzywdzić, ale też, by nie zranić pani męża. – Przełknął ślinę i zacisnął mocniej dłoń na nadgarstku Cyntii, na tyle mocno, że kobieta aż się skrzywiła z bólu, a łzy stanęły w jej zielonych oczach. – Proszę sobie przemyśleć swoje własne postępowanie i najlepiej je zmienić, bo gdybym ja był na miejscu pani męża, to zebrałaby pani solidne cięgi. To tylko dziecko, niczemu niewinne i wstyd winić takiego maluszka za własne grzechy. – Zwolnił uścisk i skierował się w stronę drzwi. – Przez niedomknięte wszystko słychać. Wystarczająco długo stałem na korytarzu przy państwa progu – wyjaśnił, chwytając za klamkę i wychodząc na korytarz.
Cyntia poczuła jak drżą jej dłonie i w obawie, by nie wypuścić Marselka z rąk, usiadła w fotelu i sięgnęła po poduszkę leżącą nieopodal na kanapie. Położyła chłopca na niej i przyłożyła do piersi. Dziecię zassało sutek i patrzyło załzawionymi, ciemnymi jak onyksy oczami na swoją matkę. Niczego nie rozumiało. W końcu chłopiec miał tylko trzy miesiące, był za mały na to, by cokolwiek pojąć.

Do Hektora we śnie powróciły wspomnienia. Malowniczy obraz angielskiej wsi, gdzie mieszkali pewnego lata. Poszli z Javierem nad jezioro, gdzie tamten uparł się, by koniecznie wejść do wody. Hektor był przeciwny, z początku kłamał, że nie ma ochoty, potem, że jest zimno, a na końcu, że woda jest lodowata.
Daj spokój. Wiem, że nie umiesz pływać. Tu jest płytko. Nauczę cię! – krzyczał, będąc już do pasa zanurzonym.
Hektor z początku ani myślał na to przystać. Wiedział, że jest niższy i jemu woda sięgnie zapewne do szyi, ale nie wiedział jak ma odmówić. Nie chciał wyjść na tchórza. Jako dziesięciolatek zdejmował więc ubranie i upierał się, że już potrafi, że już się naumiał. Twierdził tak dopóki Javier nie chwycił go za kostki i nie wciągnął do wody. Wtedy mały Rodrigez spanikował, ale Javier go podtrzymał, krzycząc:
Wyprostuj nogi, masz dno pod stopami!
Obraz się załamał, zatarł i zaszedł mgłą. Dorosły już Hektor zacisnął mocniej powieki, a Cyntia wystraszona tym jak jej mąż się rzucił na łóżku, uniosła się do siadu i wbiła w niego zaniepokojone spojrzenie.
Hektor? – zapytała spokojnie. – Śpisz? – dopytywała.
Spał, bo nie odpowiadał i zdawał się też uspokoić. W jego sennych koszmarach jednak nie było nic spokojnego. Powracały do niego retrospekcje upokorzeń i ból katowania, tak jakby wszystko to działo się od nowa.
Pod powiekami widział jak Javier, starszy od niego o dwa lata, oddala się w najbardziej odległy kont, wciska we wnękę między półką na książki a ścianą, siada, zaciska powieki, i zakrywa uszy dłońmi. On nie potrafił uczynić tak samo. Wbiegł do pokoju matki i Prevosta, pomimo że rozwiązane sznurówki plątały mu stopy. Pchnął mężczyznę z taką siłą, że ten wylądował na kanapie, która stała nieopodal.
Przestań! – krzyknął wtedy jedenastoletni Rodrigez, a łzy ciekły wodospadami po jego twarzy. Wytarł je wierzchem dłoni i pociągnął nosem.
Kim ty jesteś aby mi przerywać? – zapytał Francis spokojnie. Wstał i zbliżył się do chłopca.
Dziecko spojrzało na matkę leżącą na podłodze. Kobieta zwijała się z bólu. Łkała i prosiła syna aby wyszedł. Ten jednak twardo obstawał przy swoim. Wyzbył się łez z oczu i stanął wyprostowany, pewny swego.
Jestem Hektor Rodrigez – odpowiedział ojczymowi z bezczelnym uśmiechem.
Starasz się być śmieszny?
Nie, tylko odpowiadam na pańskie pytanie.
Francis się zaśmiał. Pierwszy raz widział taką postawę u chłopca. Chwycił za swoją laskę, wspartą nieopodal o dębową komodę z jasnego drewna.
A więc, Hektorze Rodrigezie, musisz uważać mnie za strasznego palanta, skoro...
Szczerze, to tak.
Tak? – Prevost był zszokowany. Nie czekając na odpowiedź, wymierzył chłopcu cios w policzek, potem kolejny, każdy na odlew.
Hektor upadł, ale po chwili się podniósł i spojrzał z takim zacięciem w oczach na ojczyma, jak nigdy wcześniej. Niedługo trwało aż spotkał się z podłogą ponownie. Wątły jedenastolatek nie miał szans z dorosłym, czterdziestopięcioletnim mężczyzną, uzbrojonym w drewnianą laskę, twarde pięści i ciężkie buty. Dziecko czuło jak odpływa, miało mroczki przed oczami, ale walczył z utratą przytomności... odsuwał ją od siebie możliwie jak najdalej, obawiając się, że jeśli da się pochłonąć ciemności, to już nigdy z niej nie wróci.
Kiedy z tobą skończę, nie będziesz wiedział jaki mamy dziś, pierdolony, dzień! – wrzasnął Prevost i kopnął po raz kolejny, tym razem łamiąc chłopcu żebra w kilku miejscach.
Do dorosłego Hektora powrócił tamtejszy ból, zaczął bardziej miotać się na łóżko, coś niewyraźnie krzyczeć, a na jego czoło wstąpiło kilka kropelek potu. Cyntia przerażona, przyłożyła dłoń pierw do ręki, ale pośpiesznie ją zabrał, pomimo tego zdążyła jednak wyczuć gorąco jego ciała. Położyła swoją dłoń wierzchem na policzku mężczyzny, a ten zdawał się płonąć.
Hektor! – krzyknęła. – Obudź się! – Chwyciła męża za ramiona i potrząsnęła.
Rodrigez jednak wciąż spał. Widział we śnie jak skatowany jedenastolatek chwyta się najpierw krzesła, które upada i tym samym on także ponownie spotyka się z podłogą. Za kolejnym razem pochwycił się dłońmi brzegów stołu i uniósł z dużym trudem. Wyprostował się na tyle na ile potrafił i na ile rozrywający ból każdego centymetra ciała mu pozwalał. Nie płakał, ale łzy od dłuższej chwili stały w jego oczach. Spojrzał na Prevosta nie tracąc zacięcia na twarzy i powiedział:
Dziś mamy środę, pierdoloną środę, proszę pana.
Francis zapewne po tych słowach zabiłby chłopca, gdyż już chwycił w dłonie jego głowę z zamiarem uderzenia o kant stołu, ale Charlie wkroczył do pokoju.
Zabije go pan! – krzyknął i wdarł się między Prevosta, a jego pasierba. Pochwycił Hektora pod ramionami, zanim ten zwalił się na podłogę.
Rodrigez wtedy utracił przytomność, a blondyn wziął go na ręce i wsadził do wanny z zimną wodą. Starał się ze wszystkich sił go ocucić.
Musisz żyć – powtarzał. – Musisz żyć, Hektor! Tito! – krzyczał.
Hektor, Hektor! – krzyczała też Cyntia. Potrząsała mężem i szarpała go, aż w końcu mężczyzna otworzył oczy i z przerażeniem nabrał powietrza.
Młoda kobieta obserwowała jak klatka piersiowa Rodrigeza, na wpół pokryta brązowym szlafrokiem, unosi się i opada niemiarowo. Był przerażony i rozpalony, a ona usilnie starała się dowiedzieć co takiego się stało. Nie chciał mówić. Czuł jak kręci mu się w głowie, a od nadmiaru alkoholu pitego w nocy, miał suchość w gardle i bóle przypominające te migrenowe. Spojrzał w okno, w chwili, gdy dzień wschodził. Zdziwił się, że zasłony są do połowy odsłonięte, ale nic na to nie mówił. Po prostu uniósł się na łóżku do siadu i sięgnął rękoma do żony tylko po to, by wziąć ją w objęcia.
Cyntia usiadła na udach męża i dała się przytulić. Czuła wilgoć na jego policzkach, a jej uszu dochodził ledwie słyszalny szept:
Przepraszam, kochanie. Tak bardzo cię przepraszam. Quisiera… – nagle zamilkł, a Cyntia zaczęła zastanawiać się nad znaczeniem tego hiszpańskiego słowa. Nie była pewna czy ono oznacza chciałbym, czy przykro mi. – Perdona, lo siento – dokończył Hektor i ucałował okolice jej szyi oraz policzka.
No importa – odpowiedziała w jego ojczystym języku, co było niczym innym jak nieważne. – To minęło, było, teraz już nie ma za co... teraz już de nada.
De nada – powtórzył z dużo lepszym od niej akcentem, w czym akurat nie ma nic dziwnego, zważając na to, że większość swojego dzieciństwa spędził w Hiszpanii. – Por supuesto – dopowiedział, co było równoznaczne z oczywiście.
Oczywiście? – zdziwiła się.
Oczywiście, jak zawsze jesteś dobra – wyjaśnił. – Za dobra... dla mnie za dobra i o wiele za łatwo mi wybaczasz.
Nie chciała dłużej słuchać jak się obwinia. Zamknęła więc usta mężowi pocałunkiem. Czuła gorąco jego rozpalonych warg i dotyk jego rozgorączkowanych dłoni na swym ciele. Miał gorączkę, nie wątpiła w to. Czuła, że powinna się nim zająć, wezwać lekarza albo chociaż przyłożyć zimny kompres na jego czoło. Nie chciała jednak kończyć tego co się między nimi rozpoczęło, ale przede wszystkim, pragnęła wymazać ze swoich wspomnień obraz słabego Hektora Rodrigeza, z załzawionymi oczami i tulącego się do niej tak rozpaczliwie, jakby była jego ostatnią deską ratunku.

Cyntia Montenegro de Rodrigez, okryta letnią pierzynką w taki sposób, że ta zakrywała dokładnie jej łono, brzuch i piersi, zaciągnęła się dymem papierosowym, zupełnie tak jak w nocy, gdy jeszcze wszystko było w porządku. Teraz także pragnęła wierzyć, że jest. Wymazała z pamięci ten gorszy skrawek, a przynajmniej pragnęła w to wierzyć, że nigdy więcej, nic takiego do nich nie powróci. Kiedy tylko zakończyła się zaciągać, Hektor zabrał papierosa z jej rąk i włożył do swoich ust. W pomieszczeniu panował półmrok, gdyż pomimo pory dnia, należącej niemal do południa, zasłony były zasunięte i szczelnie zakrywały okna sypialni, a jedynie duża lampa z beżowym abażurem, stojąca w rogu pokoju, była zaświecona.
A więc to jest miłość francuska, tak? – zapytała, czując, że jej policzki płoną.
Tak – odparł lekko pokaszlując. – Mówiłem tobie, że już to robiliśmy, tylko że w drugą stronę. – Uśmiechnął się i oddał żonie papierosa.
A... – chciała jeszcze o coś spytać, ale obawiała się reakcji, nie jego, a swojej. Bała się, że ze wstydu zapadnie się pod ziemie.
Tak, Cyntio?
A czym są te inne miłości, o których mówiłeś? – Miała ochotę schować się cała pod pierzynę, po sam czubek głowy, ale z racji tego, iż miała papierosa w dłoni nie było to możliwe.
Hektor spojrzał na żonę. Co prawda światło nie było dzienne, a to z lampy nadawało ciepły blask, złudnie przy tym zabarwiając ciało kobiety na mocno oliwkowy kolor, pomimo tego Rodrigez dostrzegł szkarłat, który wstępował na jej policzki.
Też miałbym pytanie – zaczął spokojnie, przykładając dwa palce do jej nagiego ramienia. Delikatnie sunął po jej ciele, poprzez szyję, aż do obojczyka po drugiej stronie. – Teraz na powrót się mnie krępujesz, a przed chwilą było inaczej. Co jest powodem wstydzenia się własnego męża? – zapytał i wstał z łóżka. Nachylił się po papierosa, z którego popiół już spadał na posłanie. Zabrał go z dłoni żony, ugasił w popielniczce i udał się do lampy w rogu pokoju. Zgasił ją.
W ten sposób nastała ciemność i to taka, w której masywna sylwetka Rodrigeza była ledwie widoczna przez czujny wzrok jego żony, którym go wypatrywała. Usiadł na łóżku obok niej i nachylił się, by musnąć czoło i powieki.
Czy teraz też się mnie krępujesz?
Mniej – przyznała szczerze. – Wolę jak jest zgaszone światło – dodała szybko i z uśmiechem, jakby liczyła na to, że od teraz zawsze będzie gościła ciemność w ich sypialni.
Będziemy to robili także przy zapalonym świetle – wyznał, zsuwając okrycie z nagiego ciała żony.
To? – zdziwiła się.
To także. – Zaśmiał się lekko, ale szybko powstrzymał ten śmiech. – To i wiele, wiele innych rzeczy.
Cyntia nabrała szybko, i jakby z przerażeniem, powietrza do płuc, ale Hektora najwidoczniej to nie zraziło.
Jesteś moją żoną. Co złego jest w tym, że chcę się kochać z własną żoną, na każdy z możliwych sposobów, bez wstydu, bez skrępowania?
Chyba nic – odpowiedziała, choć w głowie miała co najmniej dziesiątki powodów, przez które pragnęłaby uniknąć rozwijania tego tematu. Krępowało ją samo mówienie, a co dopiero czyny. Na dodatek ciągle miała za duży biust z powodu karmienia piersią, blizny na brzuchu po ciąży, a nawet pieprzyk nie w tym miejscu, w którym jej zdaniem powinien się znajdować.
Powiesz mi konkretnie o co chodzi czy dalej będziesz poddawała mnie frustracji? – zapytał wprost.
To cię frustruje? – zdziwiła się. Otworzyła szeroko oczy i lekko rozwarła usta.
Bardzo – odpowiedział szeptem, pochylając się do niej i wsuwając język między jej wilgotne wargi. – Od najmłodszych lat najbardziej denerwowała mnie niewiedza – wyjaśnił na moment przerywając pocałunek.
Nie chciałam cię denerwować – wyznała, odchylając głowę w tył, by zakończyć dopiero co rozpoczęte pieszczoty. – Po prostu wychowano mnie inaczej...
Ale ja nie zamierzam cię wychowywać – odparł nieco rozbawiony. – Jestem twoim mężem. Chcę na ciebie patrzeć, chcę cię całować... całą, pieścić na każdy z możliwych sposobów, zadawać rozkosz, rozbudzać twoje zmysły, rozpalać namiętność. Ty musisz mi tylko na to pozwolić.
Przecież pozwalam! – warknęła. – Czy ci odmawiam? – słychać było irytacje w jej głosie.
Hektor się zaśmiał i przypomniał:
W nocy mi odmówiłaś.
Bo byłeś zalany w trupa! – Oburzyła się i odwracając na lewy bok, zaciągnęła pierzynę po samą szyję.
Na twarzy Rodrigeza zagościł szczery i duży uśmiech. Położył dłoń na jej zakrytym ramieniu.
Jesteś niezwykle obrażalską kobietą, Cyntio, a ja przecież nic nie mówię i nie mam tobie za złe. – Nachylił się, by musnąć jej policzek, a potem wstał z łóżka. – O tej odmowie powiedziałem żartem – dodał, zmierzając do szafy i wyjmując z niej jedną z koszul na oślep, bo w pokoju nadal panowała egipska ciemność.
Powiesz mi co to jest ta miłość grecka i irlandzka? – zapytała wprost, choć sama nie wiedziała skąd w niej nagle tyle śmiałości.
Rodrigez podszedł do krzesła, zabrał spodnie i marynarkę, które były przewieszone przez jego oparcie i z bezczelnym uśmieszkiem na ustach, którego jego żona nie mogła dojrzeć, odpowiedział:
Kiedyś powiem.
Dlaczego nie teraz? – wyraźnie się niecierpliwiła, a nawet i bulwersowała.
Cyntio, cariño – zaczął delikatnie – jak mam ci objaśniać na czym polegają inne miłości, gdy ty się wstydzisz przede mną rozebrać w świetle dnia? – dokończył pytanie. – Nie wszystko od razu, wszystko musi mieć swój czas – dodał i poszedł w kierunku łazienki.
Co znaczy cariño!? – krzyknęła za nim, unosząc się na łokciach.
Kochanie – odpowiedział zgodnie z prawdą, a potem przestąpił próg i zamknął za sobą drzwi, ale nie na klucz, bo tego nie miał w zwyczaju.

Cyntia oczywiście nie miała zamiaru odpuścić i zapragnęła rozszerzyć swoją wiedzę. Jak nie trudno się domyślić, w tym celu wcale nie zamierzała się negliżować w pełnym świetle, a jedynie zapytać swą siostrę – Julię. Julka była starsza i zawsze wiedziała więcej od niej, i to na niemal każdy temat. Siostry też się nie krępowała tak jak własnego męża ,więc uznała, że będzie to stosunkowo łatwe – wspólny spacer, niespodziewanie zarzucone pytanie i poznanie odpowiedzi.
Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było wziąć kąpiel oraz ubrać siebie i Marselka. W tym drugim Hektor postanowił ją wyręczyć. Stwierdził, że stanowczo za mało czasu poświęca synowi, i że jak dziś zakopie się w papierzyska, to zapewne do godziny czwartej nad ranem będzie w nich tonąć, a więc będzie to kolejny dzień z życia Marsela, który dla niego będzie straconym.
Nie przejmuj się. Ma matka mówiła, że tak małe dzieci nie potrzebują ojca, że trzeba im tylko matki – powiedziała Cyntia, siadając przed lustrem toaletki ze szczotką do włosów w prawej dłoni.
Wcale mnie to nie dziwi – syknął pod nosem i pochylił się nad kołyską. – Ciekawe czy twa babcia kiedyś powiedziała coś mądrego? – zapytał syna, biorąc go na ręce, a następnie odkładając na środek łóżka.
Mały Marsel się zaśmiał w głos i zaczął przykładać policzki do ramion, bo ojciec łaskotał wskazującym palcem po jego szyjce. Maluszek bardzo to uwielbiał. W pewnej chwili Hektor złapał syna za rączkę i zauważył siniec na jego ramieniu oraz lekką opuchliznę naokoło zasinienia.
Co mu się stało? – zapytał żonę, nie kryjąc swojego zaskoczenia, ale i lekkiego strachu. Nie chciał, by jego dziecku ktoś robił krzywdę, choćby najmniej dotkliwą.
Cyntia z irytacją wypuściła powietrze z ust i wstała, przerywając czynność upiększania samej siebie.
Gdzie? – syknęła nieuprzejmie, zerkając przez ramie pochylonego nad Marselem Hektora.
W rączkę? – Wskazał fioletowe zabarwienia, które zapewne rozmiarem idealnie pasowałyby do jej kciuka i dwóch kolejnych palców.
Nie wiem – skłamała. – Wywija łapskami w tę i we w tę, to może się uderzył.
Sam? W ramię? – Rodrigez nie dowierzał i rzucił żonie takie spojrzenie, że ta poczuła na sobie taki ciężar, iż była zmuszona przełknąć głośno ślinę, bo inaczej nie byłaby w stanie wypowiedzieć ani słowa.
No to może się uszczypnął albo ktoś go niedelikatnie złapał, gdy zmieniał mu prześcieradła.
Ktoś czyli kto? – Hektor nie zamierzał odpuścić. Z dużą delikatnością zdjął sukienkę niemowlęcą z synka i zaczął ubierać biały, haftowany kaftanik z wiązaniami z przodu. – Dawał rączkę, tu, tu, tu, nie tam. Tu, ojciec, mówi. Ale jesteś nieusłuchany – komentował, czym zaciekawił Marselka na tyle, że ten skupił na jego twarzy całą swoją uwagę. Najbardziej podobało mu się, gdy tata całował go po stopach i udawanie gryzł po piętach. Mama tak nie robiła, dlatego pomimo iż miał dopiero trzy miesiące, to już wolał, by to tatuś go ubierał.
Może pokojówka, może jakaś młoda, to nie miała wcześniej styczności z dziećmi. Czasami to one go ubierają – wytłumaczyła.
Dlaczego pokojówki ubierają naszego syna? – warknął, prostując się na krótki moment, by sięgnąć do komody po grzechotkę Marsela. Podał ją chłopcu.
Jesteś na mnie zły? – nie dowierzała.
Na kogoś muszę, a kto jest winny nawet ty nie wiesz.
Dlatego winna, twoim zdaniem, jestem ja!? – krzyknęła.
Nie podnoś głosu – oznajmił tak lodowatym tonem, że dreszcz przebiegł jej po plecach, a zimny pot wstąpił na czoło. – Na przyszłość zajmuj się naszym synem sama, to nie będzie problemu. Innych obowiązków nie masz, wszystko przynoszą ci kelnerzy na srebrnej tacy, a praniem, prasowaniem i sprzątaniem zajmują się za ciebie pokojówki! Masz wystarczająco dużo czasu, by zadbać o Marsela jak należy! – wrzasnął i wskazał ręką na dziecko, które było już tak przyzwyczajone do donośnego głosu ojca, że nawet się nie przejęło i dalej usiłowało włożyć grzechotkę do buzi. Zabawka była jednak za duża, nie mieściła się.
Dobrze. – Cyntia spuściła głowę. Zerknęła na pierworodnego i przez moment poczuła się winna, a zaraz potem uznała, że to nie jej wina, że mógł dać jej się ubrać i ją nie denerwować. – Przepraszam – dodała i odeszła do swojego wcześniejszego zajęcia.
Jeśli się dowiem, która pokojówka nabiła siniaka mojemu synowi, to biada jej gdy wpadnie w moje ręce.
Nie przesadzaj! – warknęła i na moment zatrzymała dłoń podczas rozczesywania włosów. – Może sam się uderzył.
Takie małe dziecko, to się może samo, co najwyżej, podrapać, a i tak będzie to winą matki, że mu paznokci nie obcięła
Młoda matka przewróciła oczami i wyczekiwała aż Hektor w końcu wyjdzie z pokoju. Ten jednak jak na złość zaparł się i dalej kucał przy Marselku i go rozbawiał.
Przez ciebie będzie marudny – chciała powiedzieć, ale gdyby tak zrobiła, to jakby to wyjaśniła mężowi? Że nie chce bawić się z własnym dzieckiem, że nie ma ochoty go czymś zajmować, że dla niej najlepiej jak śpi i nie przeszkadza?
Jeśli się dowiem... jeśli kiedykolwiek zobaczę, że ktoś traktuje mojego syna w ten sposób... że go siniaczy, to będzie miał ze mną do czynienia.
I co zrobisz? Zwolnisz dobrą pokojówkę, bo niechcący za mocno złapała Marsela za rączkę? – zapytała kpiąc i podeszła do szafy, by wyjąć z niej brązową sukienkę, idealną na jesienną, prawie już zimową pogodę.
Spoliczkuję – odpowiedział szczerze z dłonią na klamce. – Co najmniej dwukrotnie – dodał nie spuszczając oczu ze swojej żony.
Słucham? – Nie była pewna czy się przesłyszała, ale była pewna, że Hektor nie ma na myśli tego co właśnie doszło do jej uszu.
Słyszałaś.
Kiedyś powiedziałeś, że w życiu nie uderzyłbyś kobiety! – krzyknęła, czując jak narasta w niej oburzenie, a nawet i panika, w końcu dobrze wiedziała, że zasinieniom Marsela winna jest tylko i wyłącznie ona sama.
Tak, nie uderzyłbym kobiety, ale czy kobieta, która nie umie delikatnie obchodzić się z tak małym dzieckiem, zasługuje na litość, na dobre traktowanie i w ogóle na miano kobiety? Moim zdaniem nie, Cyntio. – Zabrał dłoń z klamki i wyminął żonę, by jeszcze raz podejść do synka, który zaczął unosić nóżki do góry, jakby oczekiwał, że ktoś go w nie połaskocze. Hektor nachylił się i posmyrał dwoma paluszkami po stopach Marsela. Oboje się do siebie uśmiechnęli. – Skoro nawet ja umiem wziąć go na ręce tak, by nie narobić mu śladów, a nie oszukujmy się, nie jestem słabeuszem i nigdy nie byłem nad wyraz delikatnym mężczyzną, to chyba nie jest to czynność niemożliwa do wykonania dla drobnej kobiety.
A gdybym to ja przypadkiem za mocno go złapała, to co? Mnie też byś pobił? – zapytała, nie dowierzając i mierzyła się nieustępliwym spojrzeniem z własnym mężem.
Spoliczkował – sprostował. – Zasłużonego uderzenia nie nazywajmy biciem, gdyż jest to spore nadużycie – dodał spokojnie, ale niezwykle rzeczowo i konkretnie.
Jestem twoją żoną – przypomniała w sposób niemal desperacki.
Wiem, ale to niewiele zmienia. – Wzruszył ramionami. Jego zdaniem powiedział coś całkiem normalnego i dorzecznego. Nawet dziwił się, że matka jego syna w ten sposób reaguje. Jego zdaniem, to ona pierwsza powinna biegać po korytarzu i szukać winnych, w końcu Marsel był nie tylko jego, ale także jej dzieckiem. – No może tylko tyle, że służąca straciłaby pracę, ty swojego stanowiska nie utracisz, jesteś mą żoną aż po śmierć. Jednak, Cyntio... Marsel jest dla mnie najważniejszy. Gdybym miał wybierać między tobą a nim, to bez wahania wybrałbym syna.
Cyntia zaniemówiła. W życiu nie spodziewała się, że Hektor powie jej coś takiego. Te słowa zabolały i to bardzo zabolały.
Mężczyzna jak gdyby nigdy nic, jakby nie zdawał sobie sprawy, że wprawił żonę w osłupienie, musnął jej policzek, wyminął ją i wyszedł na korytarz, by udać się do swoich obowiązków.

Cyntia poszła na spacer z Marselem. Z siostrą spotkała się w połowie drogi i razem wybrały do pobliskiego miasteczka po kwiaty. Prezentowały się niezwykle dobrze. Obie elegancko ubrane, w długich sukniach, przy których wykonaniu, krawcowe zwracały uwagę na każdy, nawet najdrobniejszy szczegół, do tego ciepłe pelerynki zarzucone na ramiona, zapięte na dwa guziki przy samej szyi i kapelusze, ciepłe, mające na celu chronić przed wiatrem i deszczem.
Mały Marselek spał w swoim jasnym, beżowym wózku, który był prezentem od cioci – Laury Prevost, a Edward w swym klasycznym, granatowym, siedział i rozglądał się na wszystkie strony. Był wielce zaciekawiony otaczającym go światem, każdym głosem, kolorem i mijanym przechodniem. Nawet pies przywiązany na smyczy, nieopodal pana ostrzącego noże, go zainteresował. Chłopiec ani trochę nie bał się zwierzęcia, pokazywał na niego paluszkiem i gaworzył przy tym po swojemu.
Chał – powiedziała Julia do swojego niespełna rocznego synka.
Chaul – powtórzył niewyraźnie, dziecięcym głosikiem blondynek i zaczął wychylać się, by jeszcze choć przez moment widzieć puszystego, dużego czworonoga. Potem miał w planach się rozpłakać, by mama zawróciła i by mógł choćby dotknąć czyjegoś pupila, ale zrezygnował z tych planów na rzecz sięgania kolorowych kwiatów.
Pani Brown i pani Rodrigez – obydwie z domu Montenegro, rozstały się na rozwidleniu dróg i powróciły każda do swojego domu, i swojego męża. Cyntia czuła się zawiedziona, że Julia nie rozjaśniła jej tematu miłości greckiej i irlandzkiej. Oczywiście nie powiedziała siostrze, że takie coś wyniosła z małżeństwa, skłamała, że gdzieś zasłyszała i była zwyczajnie ciekawa.
Zaraz po powrocie, Cyntia wpadła z Marselem na rękach do gabinetu Hektora i przekazała mu informacje na temat uroczystości pierwszych urodzin Edwarda.
Jesteś chrzestnym – przypomniała, bo jej mąż zerkał na nią znad papierków i miał wzrok tak nieobecny, iż wydawało jej się, że w ogóle nie wie o co jej chodzi.
Cariño, ja pracuję – wyjaśnił i ponownie chwycił pióro do ręki. – Muszę domknąć pewne inwestycje, przeliczyć fundusze, zmierzyć siły na zamiary. Nie mam teraz czasu. Później porozmawiamy, gdy przyjdę do pokoju albo gdybym się nie zjawił, to podczas kolacji.
Oburzona wypuściła powietrze przez nos i wyszła, trzaskając drzwiami. Hektor był tak zapracowany, że nawet na ten trzask nie zwrócił uwagi. Umowa z Martą Montenegro wyraźnie mówiła, iż ma on pomnażać zyski i majątek ich rodzin, obejmowała nawet dokładne procenty i wyliczenia, a on nie miał innego wyjścia, jak wywiązać się z tej umowy, w innym przypadku utraciłby cały majątek, który jakby nie patrzeć, nie należał już teraz tylko i wyłącznie do niego, ale był dziedzictwem dla Marsela i przyszłych dzieci jego i Cyntii. W końcu ani przez moment nie wątpił, że jego synek kiedyś doczeka się co najmniej dwójki rodzeństwa.

Kiedy Cyntia przeżywała rozczarowanie swym własnym mężem, który śmiał jej nie poświęcić uwagi i nie znalazł czasu, by zamienić z nią kilka słów, Julia przekraczała próg sypialni, gdzie Bastian wylegiwał się w łóżku i popijał kawę, jednocześnie czytając gazetę.
O, już wróciłaś – przywitał żonę niezwykle entuzjastycznie i odłożył hiszpańską lekturę na szafkę nocną.
Julii nie umknął język w jakim pisana była gazeta.
Od kiedy znasz hiszpański? – zdziwiła się. Przełożyła Edwarda z wózka na łóżko i stanęła przed dużym lustrem, by zdjąć pelerynkę, a następnie kapelusz.
Blondynek na kolanach poczłapał w kierunku ojca i bez żadnych skrupułów chwycił za fałdę na brzuchu mężczyzny, i uszczypnął wbijając wszystkie pięć pazurów w skórę Browna.
Bastian aż zgiął się w pół i syknął przez zęby, czym rozbawił pasierba na tyle, że ten zaczął klaskać w dłonie, i śmiał się, pokazując swoje dwa górne ząbki.
Daje ci do zrozumienia, że już dawno była pora, by wstać. Poza tym nie leż taki roznegliżowany – odezwała się Julia i zabrała Edzia do łóżeczka, gdzie chłopiec oddał się zajęciu wspinania po szczebelkach, chwytania najwyższego i podskakiwania.
W końcu chlasnął na pupę i zauważył kilka zabawek, w tym ulubionego pluszaka. Przytulił misia do siebie i ugryzł go w łapkę.
Jak już mówiłam, nie wiedziałam, że znasz hiszpański – ponowiła temat patrząc czujnym okiem na swojego ślubnego.
Bo nie znam – odpowiedział Bastek i podniósł się z łóżka. Nie czuł się skrępowany tym, iż ma na sobie jedynie białe kalesony. – Znaczy znam tak trochę, podobnie jak francuski, polski, rosyjski. Mam pamięć do słówek, ale odmiany i czasy, to moja pięta achillesowa.
Na wzmiankę o Achillesie, Julka nagle się ożywiła. Na bok odrzuciła temat języków i gdzieś zaginęło jej pytanie o to, skąd mąż wytrzasnął hiszpański, regionalny tygodnik w środku Niemiec.
Achilles to był Grek, prawda? – napomknęła nagle, czym wprawiła Bastiana w zakłopotanie.
Mężczyzna sięgnął po butelkę rumu i przelał trunek do szklanki.
A bo ja wiem. – Wzruszył ramionami i zasiadł w fotelu nieopodal łóżeczka. Co jakiś czas nachylał się, by podawać Edwardowi zabawki, które ten nieustannie wyrzucał na podłogę. – Trojanin chyba – stwierdził.
Czyli Grek.
Julia, w tym przypadku, to ja wybieram poudawać Greka. Wiem, że dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele, więc nie będę kłamał i wprowadzał cię w błąd. – Wypił do dna i ponownie napełnił szklankę rumem.
Pani Brown machnęła ręką i uznała na głos, że tego nieszczęsnego Achillesa mogą zostawić w spokoju, bo w rzeczywistości to chodzi jej zupełnie o coś innego.
Co to jest miłość grecka? Na czym polega? – zapytała wprost, a Bastian wybałuszył oczyska i wbił się plecami w oparcie fotela.
A skąd mam wiedzieć? Przecież ja w życiu nie miałem Greczynki.
A irlandzka? – dopytywała niezrażona.
Brown się zaśmiał i wielce zdziwiony, ale i rozochocony, zapytał:
Chcesz mnie dokształcić w tym temacie?
Nie. – Julia z irytacją wstała. – Liczyłam na to, że w końcu mi się na coś przydasz, i że to ty dokształcisz mnie – warknęła.
Przepraszam, Juleczko. Nie moja wina, że nie jestem alfą i omegą w jednym. Naprawdę mi przykro, ale jeśli tak bardzo ci zależy, to ja się mogę tego wszyściutkiego dowiedzieć, i to raz dwa, rachu-ciachu.
Dowiesz się? – zapytała uśmiechnięta. Spojrzała na męża radośnie, podeszła, chwyciła jego twarz w swoje dłonie i przyłożyła wargi do jego ust.
Bastian już był na tyle pobudzony, iż zamierzał pogłębić ten pocałunek, ale żona mu przeszkodziła, prostując się i odchodząc na kilka kroków.
Tak nie wolno – poskarżył się. – Dałaś ciasteczko, ledwie liznąłem i zabrałaś ciasteczko.
Julia spojrzała na męża, który teraz miną przypominał zbitego psa. Bez żadnych skrupułów oznajmiła:
Rozpakujesz ciasteczko, jak dowiesz się co to jest miłość grecka i irlandzka.
Grecka i irlandzka – powtórzył Brown i chwycił za pióro położone na książkach na najwyższej półce. Z jednej z książek wyrwał fragment strony i zapisał, by nie zapomnieć. – Załatwione, dowiem się, Juleczko, dowiem. – Już chwycił za klamkę i otworzył drzwi, gdy żona zatrzymała go, mówiąc:
Jesteś w kalesonach.
Właśnie, właśnie – przyznał jej racje, zatrzasnął drzwi i podszedł do szafy.
Skąd się tego dowiesz? – dopytywała, wyjmując Edwarda z łóżeczka, bo ten zaczął popłakiwać, smutny z tego powodu, że już mu nikt nie chciał podawać, wcześniej przez niego wyrzuconych, zabawek.
Od Rodrigeza.
Od Hektora? – nie dowierzała. – A niby skąd on będzie to wiedział?
Zaufaj mi, Juleczko – szepnął, zakładając na siebie koszule. Zapinając guziki zbliżył się do żony i nachylił, by musnąć wargami jej policzek. – Pamiętaj, że mąż cię jeszcze nigdy nie zawiódł. Jak mówię, że Rodrigez będzie wiedział taką rzecz, to znaczy, że Rodrigez będzie wiedział taką rzecz. – Pośpiesznie założył marynarkę i ponownie chciał opuścić pokój, będąc bez spodni, w samych kalesonach.
Julia i tym razem go zawróciła i nawet wyjęła z szafy spodnie, idealnie pasujące do jasnej, popielatej marynarki.

Jak nie trudno się domyślić, Bastian zaraz po zjawieniu się w posiadłości Rodrigezów, udał się do gabinetu Hektora, zasiadł naprzeciw Hiszpana i zapytał prosto z mostu:
Szwagier, co to jest miłość irlandzka i... – w tym miejscu sięgnął do swojej ściągawki – i grecka miłość? – dokończył.
Hektor wpatrywał się w Browna dłuższą chwilę, a kąciki jego ust unosiły się coraz bardziej ku górze. W końcu nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem. Można by rzec, iż od tego śmiechu aż się zanosił.
Anglik niczego nie rozumiał. Patrzył zdziwiony i oniemiały na Rodrigeza i sam nie wiedział jak ma się zachować.
Dlaczego zapytałeś akurat o to? – Hektor ledwie powstrzymywał śmiech.
A dlaczego miałem zapytać o coś innego, a nie o to?
Nie wiem. – Mężczyzna zrobił minę i wzruszył ramionami, a potem ponownie wybuchnął śmiechem.
Wyraz twarzy Bastiana tylko jeszcze bardziej go bawił.
Dobra, nieważne – zirytował się blondyn. – Dowiem się kiedy indziej i od kogoś innego. A ty zachowujesz się jak prostak.
Nie! Bastek, zaczekaj! – krzyknął za szwagrem. – To nie tak, nie śmieję się z ciebie, ale z rodzinnej zabawy w głuchy telefon. Kiedyś... w sobotę, przy wieczornym koniaku, powiem ci czym jest miłość grecka i irlandzka.
Dlaczego dopiero w sobotę? – dopytywał zniecierpliwiony, wysoki i szczupły blondyn.
Hektor przemielił język w ustach i szukał odpowiednich słów. Postanowił postawić na szczerość:
Gdyż najpierw muszę się rozmówić z własną żoną.

Panowie obgadali jeszcze sprawę przeprowadzki i przetransportowania rzeczy Brownów do pensjonatu Rodrigeza na czas trwania remontu w posiadłości Montenegrów, a potem, każdy z nich udał się do swoich zajęć. Czyli Bastian do tawerny na rum i karty, a Hektor powrócił do obowiązków ślęczenia nad teczkami oraz papierami. Przerwał pracę tylko na krótki moment, gdy w jego gabinecie zjawił się Charlie, z zapakowanym w pudełku kapeluszem i drugim pakunkiem.
Co to? – zdziwił się Rodrigez.
Pańskie zamówienie – odpowiedział spokojnie Gerda. – Ta krawcowa to straszna przekupa, namówiła mnie na kupno sukienki i błagam, niech mi pan nie każe jej zwracać.
Jakiej znowuż sukienki i jaka krawcowa? – Hektor był tak rozkojarzony i na dodatek tkwił zakopany w dokumentach po same uszy, iż całkiem zapomniał o tym, o co prosił Charliego dzień wcześniej.
Kapelusz dla pańskiej żony. Ta cholera zapamiętała nawet jaką sukienkę oglądała i mi ją wcisnęła. – Jakby dla potwierdzenia swoich słów, blondyn położył zapakowaną w pleciony pokrowiec sukienkę na biurko Rodrigeza.
Ta cholera to rozumiem krawcowa, no bo chyba nie moja żona?
No nie, nie pańska żona. Krawcowa, krawcowa. Powinna skończyć na szubienicy. Czyni z mężczyzn bankrutów.
Bankrutów? – Brunet wstał od biurka i zerknął najpierw do pudełko, w którym znajdował się kapelusz. Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że to ten, na którym Cyntii zależało. – Krawcowa uczyniła z ciebie bankruta? Pamiętam cenę kapelusza, nie była najniższa, ale nie przesadzajmy, nie jest to rzecz równowartości samochodu.
Sukienka – przypomniał Charlie. – Jest jeszcze sukienka.
Sukienki, to ja nie zamawiałem, ale... ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ta sukienka – wskazał palcem na ukrytą w pokrowcu kreacje – jest warta tyle co mój automobil?
Nie, tyle co automobil, to może nie, ale ma wplecione złote nicie i...
Złote nicie? – nie dowierzał Rodrigez. – Czego to ludzie nie wymyślą? – zapytał sam siebie. – Chyba nie ma takiej rzeczy – także sam sobie odpowiedział. – Mnie jednak nie interesuje materiał, nici i sposoby szycia, gdyż nic mi to nie mówi, Charlie. Ja pytam o cenę.
Cenę sukienki? – dopytywał dla pewności Gerda.
A czego innego!? – warknął zirytowany.
Niech się pan tylko nie denerwuje. Krawcowa zapewniała, że materiał najwyższego gatunku, klasa pierwsza, wart swej ceny, a jakie wykonanie... – zachwycał i zachwalał.
Wykonanie, wykonaniem, mnie interesuje cena – przypomniał zbliżając się do parapetu, gdzie na srebrnej tacy stały karafka i sześć szklanek.
O właśnie! Bardzo dobry pomysł! Niechże się pan lepiej najpierw porządnie napoi.
A dlaczegoż to? – Przechylił szklankę i poczuł w ustach znajomy posmak ulubionego trunku.
Albo niech mnie pan pozbawi części wynagrodzenia, aż w końcu spłacę tę nieszczęsną kieckę. Byle ratalnie, bo jakby pan chciał tak całość od razu odciągnąć, to by pan mnie pozbawił trzymiesięcznego wynagrodzenia i...
Ile!? – wrzasnął Rodrigez i aż polał się alkoholem. Zakasłał. – Trzy miesiące!? – dopytywał. – Ta kiecka jest warta trzy miesiące twej pracy!?
Trzy i pół – odpowiedział Charlie i ze skruchą spuścił głowę w dół.
Hektora zatkało i odrzuciło na ścianę. Poczuł się jakby w klatce piersiowej zebrał mu się nadmiar powietrza. Poklepał się więc po niej i usiłował uspokoić.
Chce mnie szef zabić?
A jak sądzisz!? – wrzasnął Hektor i napił się ponownie, tym razem do dna.
Jak już mówiłem, to moja wina, że dałem sobie wcisnąć... tak więc ja poniosę...
Ciii – Hektor przyłożył palec do ust i spojrzał na przyjaciela z dużą dozą pobłażliwości w oczach. – Nie mogę pozwolić na to byś ofiarowywał tak kosztowne prezenty mej żonie, gdyż niczyjej żonie nie wypada tyle prezentować, jedynie swojej własnej, a ja w dodatku bardzo dobrze strzelam – wyjaśnił.
Chyba nie będziemy się pojedynkować? – zapytał z uśmiechem na twarzy Charlie.
Nie, oczywiście że nie. Zapłacę za sukienkę, ale nigdy więcej nie wyślę cię na zakupy – zapowiedział, siadając ponownie za biurkiem. – Jesteś gorszy niż Cyntia. Wszystko byś przepuścił – dodał i oparł się wygodnie, przekazał Gerdzie szklankę i rozkazał, by ją dla niego napełnił. Sam w tym czasie zaczął się luzowaniem wiązań czarnego krawata, który nagle zaczął go niebotycznie uwierać w krtań. O wiele lepiej czuł się z poluzowanym sztywnym kołnierzem i niechlujnym odpięciem kilku górnych guzików śnieżnobiałej koszuli.

Jeszcze tego samego dnia Julia i mały Edward zjawili się w posiadłości Rodrigeza. Bastian miał do nich dołączyć standardowo, po wypiciu kilku głębszych. Hektor dalej tkwił zakopany w dokumentach po samą szyję, a Cyntia wraz z siostrą zajadały się podwieczorkiem.
Dowiem się co to jest ta miłość grecka i irlandzka – zapowiedziała z wyższością i dumą Julia.
Cyntia pośpiesznie rozejrzała się dookoła czy nikt ich nie słyszy.
Mów ciszej – szepnęła do siostry, dostrzegając, że kelnerzy kręcą się nieopodal, na dodatek Laura wróciła ze spotkania z Javierem i zmierza w ich kierunku. – Ja nie mam pewności czy to jakieś świństwo nie jest.
Dobrze, ale dowiem się. Bastian obiecał, że zdobędzie te informacje. – Pani Brown usiadła wyprostowana i położyła splecione w koszyczek dłonie na swoim brzuchu. – Będę widzieć – dopowiedziała, jakby uznała, że siostra za pierwszym razem nie do końca zrozumiała, iż ona tę wiedzę posiądzie jako pierwsza.
Od kogo je zdobędzie? – dopytywała Cyntia, kładąc dłonie na stole i przychylając się w stronę rozmówczyni.
Od kogo co będzie wiedzieć i kto będzie wiedzieć? – wtrąciła się Laura, odsuwając dla siebie krzesło. – Mam coś dla ciebie – szepnęła do leżącego w wózku i zajętego grzechotką bratanka. – To o czym rozmawiałyście!? – dopytywała o wiele za głośno, ale niezwykle wesolutko.
O niczym ważnym – odpowiedziała szwagierce nieco niegrzecznie. – Od kogo Bastian się tego dowie? – powtórzyła pytanie w kierunku Julii.
Od twojego Hektora – odpowiedziała pani Brown, wzruszając przy tym niedbale ramionami. – Przynajmniej tak powiedział – dodała i zaniemówiła, dostrzegając jak z jej młodszej siostrzyczki opada całe powietrze i radość życia.
Oszalałaś!? – pragnęła wrzasnąć, ale nie chciała robić publicznej sceny na oczach gości, gdyż niektórzy jeszcze nie opuścili ich posiadłości po chrzcie Marsela. Poza tym Hektor ją ubiegł.
Mężczyzna podszedł, położył dłonie na jej ramionach i nachylił się, by musnąć w policzek. Pobladła, ale i tak starała się grać dobrą role w tym teatrze, i uśmiechnęła się ciepło w jego kierunku. Łudziła się, że Bastian jeszcze z nim nie rozmawiał i że zanim to zrobi, Julia odwiedzie go od tego pomysłu. Cała nadzieja uleciała w chwili, gdy Hektor oznajmił:
Chciałbym z tobą porozmawiać, na osobności. Poczekam w naszym pokoju.
Rodrigez odszedł, a Laura ochoczo podniosła swoje cztery litery z krzesła i chwyciła za rączkę wózka.
To ja pójdę z wami – uprzedziła. – Mam dla niego prezent – przypomniała i zabujała wózkiem, na co mały Marselek od razu się ożywił.
Cyntia wzięła syna na ręce, a Laurę poprosiła, by postawiła wózek gdzieś z boku, nieopodal drzwi. Piętnastolatka przytaknęła ruchem głowy, szybko się ze wszystkim uwinęła i poszła do swojego pokoju, by zabrać stamtąd upominek dla swojego pierwszego, i jak na razie jedynego, chrześniaka.

Kiedy pani Rodrigez przekraczała próg pokoju, czuła się jakby stąpała po szpilkach albo szła po rozżarzonych węglach. Wyraz twarzy jaki dostrzegła u swojego męża, nie nastrajał ją optymistycznie. Ułożyła Marsela w kołysce i zabujała nią delikatnie, zanim chłopiec zdążył się o tę czynność upomnieć płaczem.
O czym chciałeś porozmawiać? – zapytała jak gdyby nigdy nic.
Nie wiesz?
Nie odpowiada się pytaniem na pytanie – pouczyła go i w tym właśnie momencie Laura weszła do pokoju.
Dziewczyna od razu podeszła do Marsela i zawiesiła nad jego główką drewnianą zabawkę, przypominającą karuzelę wiedeńską. Było to sześć białych koni, do których tułowia, dla ubarwienia, były doczepione dzwonki z czerwonymi frędzelkami.
Śliczne – pochwaliła Cyntia, ale Marselek najwidoczniej nie podzielił jej zdania.
Chłopiec wyciągnął rączki, a potem się wyprężył i głośno zapłakał.
Co wyście mu znowu zrobiły? – zapytał zirytowany Hektor i podszedł do kołyski, by zobaczyć co się tam dzieje.
Jest wybredny – stwierdziła Laura. – To niegrzeczne nie cieszyć się z prezentu! – warknęła. – Więcej nic ode mnie nie dostaniesz – zapowiedziała, odwróciła się na pięcie i wielce obrażona wymaszerowała z pokoju.
Zdenerwowałeś ciotkę – stwierdził Hektor i zakołysał karuzelą.
Wtedy Marselkowi się spodobało. Ucieszył się i rozpromienił niemal natychmiastowo, ale gdy ponownie wyciągnął rączki do zabawki i znowu nie mógł jej dosięgnąć, to na nowo się rozpłakał.
Za wysoko mu zawiesiłyście – stwierdził i od razu zabrał się do poprawiania błędu swojej siostry, a wszystko po to, by jego syneczek był zadowolony.
Okazało się, że Hektor miał racje, i gdy Marsel mógł dosięgnąć frędzelków, trącać je, chwytać za nie i pociągać, to był niezwykle zadowolony i ani myślał wtedy płakać. Rodrigez chwile obserwował zabawę niemowlęcia, a Cyntia w tym czasie powróciła do saloniku. Nie umknęło jej uwadze okrągłe pudełko, pozostawione wcześniej przez Hektora na stole.
Hiszpan podszedł do stołu, zasiadł na krześle i pochwycił żonę za nadgarstek.
Chodź tu do mnie! – polecił donośnie i szarpnął na tyle mocno, że ta pupą wylądowała na jego kolanach.
Chcesz mnie skrzyczeć? – zapytała cichutko.
Nie. – Zmarszczył czoło i ściągnął brwi. – Dlaczego miałbym krzyczeć? Chcę ci coś dać. – Sięgnął za plecy Cyntii po okrągły pakunek i wyciągnął go przed siebie.
Młoda kobieta odruchowo chwyciła między zęby swoją dolną wargę i ochoczo zabrała się do rozpakowywania. Uniosła wieko, a jej oczom ukazał się upragniony kapelusz.
Przecież mówiłeś, że jest za drogi – przypomniała.
Bo jest drogi, ale przemyślałem sprawę dogłębniej i uznałem, że zasługujesz na wszystko co najlepsze, nawet gdyby to miało być niebotycznie kosztowne. Jestem twym mężem, a wiele kobiet głosi, że mąż jest od tego, by rozpuszczać swoją kobietę, zasypywać ją prezentami i nosić na rękach. Czyżbyś była wyjątkiem i uważała inaczej?
Nie, nie, skąd? – odpowiedziała szybko i wstała z jego kolan. W dłoniach trzymała kapelusz, a opakowanie strąciła na ziemie. Hektor się po nie nachylił, odstawił na stół, a ona w tym czasie przeglądała się w lusterku. – Wiedziałam, że będzie mnie pasował! Zupełnie tak, jakby został dla mnie stworzony! – wykrzykiwała radośnie.
Cieszę się, że ci się podoba, ale mężowi chyba wypadałoby podziękować – przypomniał i dla pokazania o co mu dokładnie chodzi, popukał się palcem wskazującym po prawym policzku.
Cyntia bez wahania podeszła do niego i musnęła swymi wargami, a ten ponownie przyciągnął ją na swoje kolana.
Mam dla ciebie coś jeszcze – zapowiedział, zdejmując kapelusz z jej głowy. Kierował się zasadą, że w pomieszczeniach nie powinno się nosić tego typu nakryć. Odłożył dodatek garderobiany na pudełko, a drugą dłonią wskazał na drzwi szafy. – Tam.
Co tam?
Tam jest drugi prezent. Liczę na to, że też ci przypadnie do gus... – nie zdążył dokończyć, a ona już się zerwała i podbiegła do mebla, by otworzyć jego dwuskrzydłowe drzwi i poszukać upominku. – Jak już mówiłem, liczę na to, że przepadnie ci do gustu, ale gdybyś chciała dokonać jakiś poprawek, to... – mówił, jednocześnie stojąc przy komodzie i napełniając szklankę rudobrunatnym alkoholem.
Jest perfekcyjna! – krzyknęła Cyntia entuzjastycznie, zaraz po tym jak wydobyła sukienkę z pokrowca. – To niebywałe, że zauważyłeś, iż na nią patrzyłam. Po tym jak oznajmiłeś, że cena kapelusza jest za wysoka, to o sukience wolałam w ogóle nie wspominać.
Hektor upił łyk ze szklanki, odłożył ją na blat komody z alkoholami i podszedł do żony. Zaszedł ją od tyłu i położył dłonie na jej barkach.
Mąż widzi wszystko – szepnął do ucha. – Słyszy wszystko i zawsze się też wszystkiego dowie.
Za moment porozmawiamy. – Odwróciła się w jego stronę. – Najpierw ją przymierzę. – Poklepała po policzku i już miała mu gdzieś czmychnąć, gdy ten złapał ją za ramie i pociągnął.
Przymierzysz później – zadecydował, wyrywając sukienkę z jej dłoni i odrzucając ją na pobliski fotel.
Sugerujesz, że jeśli mąż daje żonie taką górę prezentów, niemal jednocześnie, to należą mu się lepsze podziękowania niż buzi ofiarowane w policzek? – zapytała, przypominając sobie także o pierścionku i broszce.
To także – przytaknął, odwrócił ją do siebie plecami i zaczął rozpinać drobne guziczki jej brązowej sukienki. Całował po szyi, pieścił najwrażliwsze miejsca, takie jak uszy i kark, a jednocześnie szeptał przez zaciśnięte zęby – co ci wpadło do głowy, moja ty żono, by wynosić tematy z naszej sypialni na zewnątrz?
Brzmiał na tyle groźnie, że Cyntia momentalnie zesztywniała i poczuła jak drży.
Ja ci to wyjaśnię – zapewniła, odwracając się do niego przodem i zapobiegawczo cofnęła o kilka kroków.
Nie wątpię. – Chwycił za jej dłoń i okręcił ją wokół jej własnej osi, dwukrotnie, tak że w końcu znalazła się przyciśnięta do jego boku, właściwie bez możliwości ruchu, a on opadając na łóżko plecami, pociągnął ją za sobą.
Nie jesteś zły? – upewniała się, gdy już leżeli na miękkim materacu, w pachnącej i dopiero co przed godziną zmienionej pościeli.
Jestem – odpowiedział, siląc się na poważny ton. – Tym razem ci daruję – zaczął, wydobywając spod jej ciała swoją rękę, by móc się na niej unieść i spojrzeć żonie głęboko w oczy. – Jeśli jeszcze raz wyniesiesz tematy z naszej sypialni poza te drzwi – wskazał na wspomniany przedmiot – to się pogniewamy – zapowiedział.
Obrazisz się na mnie? – nie dowierzała.
Nie, Cyntio – warknął przez zęby i musnął jej usta. – To ty obrazisz się na mnie – stwierdził.
Dlaczego?
Dlatego – odpowiedział nie tylko słownie, ale także klapsem w okolice jej lewego uda. Uderzenie było na tyle silne, że aż wciągnęła powietrze z wyraźnym świstem poprzez zaciśnięte ząbki. Hektor zabrał dłoń z jej ciała, ale pieczenie w miejscu zadanego ciosu pozostało. – I tak kilkakrotnie, dopóki się łzy nie poleją – dopowiedział i zawisnął nad nią niczym szubienica.
Hektor... – zaczęła i już chciała zaprotestować, i przedstawić mu swoje racje, gdy usłyszała jak jej przerywa i stanowczym tonem mówi:
Bez dyskusji. To co powiedziane tutaj, ma zostać tutaj, w tych czterech ścianach, a nie obiegać wszystkich członków rodziny! – nieznacznie się uniósł. – Wiesz jak się czułem, gdy Bastian, ni z tego ni z owego, zadał mi takie pytanie? Nie wiesz, a ja nie chcę tego doświadczenia powtarzać, dlatego to co powiedziane w sypialni, ma zostać między nami i nigdzie nie krążyć. Rozumiemy się?
Tak – odpowiedziała. – Ale ty tego przecież nie powiedziałeś w sypialni – dodała szybko.
Nie?
Nie. – Uśmiechnęła się i położyła swoją dłoń na karku męża. – Ty to powiedziałeś w gabinecie. – Uniosła się, by połączyć swoje usta z jego ustami.
Tematów z naszego gabinetu też nie wolno ci nigdzie wynosić – zabronił między pocałunkami.
Cyntia zaczęła się zastanawiać od kiedy gabinet jej męża, stał się ich wspólnym gabinetem, ale nie miała teraz czasu, by wnikać głębiej w ten temat. Była za bardzo zajęta i oddana właśnie wykonywanej czynności, czyli całowaniu, rozbieraniu, dotykaniu...

Oczywiście temat miłości greckiej i irlandzkiej nie minął, i już następnego dnia Cyntia postanowiła wypytać Julie czy Bastian się czegoś w tym temacie dowiedział. Kobiety siedziały w wygodnych, wiklinowych fotelach, zajadały się rogalikami i wyczekiwały na matkę. Miały we trzy, wspólnie, wybrać się do kościoła na niedzielną mszę świętą.
Hektor go wyśmiał – szepnęła Julia. – Ale obiecał, że wszystko mu już wkrótce objaśni – dodała z lekkim uśmiechem i zbliżyła brzeg zdobionej filiżanki z kawą do ust.
Wkrótce, to mnie nie zadowala. Ja chcę wiedzieć już teraz.
To sama go zapytaj.
Oszalałaś? – Pani Rodrigez wybałuszyła oczy. – Jak ty sobie to wyobrażasz, pytać męża o takie rzeczy?
Ja jakoś mojego własnego zapytałam. – Julia wzruszyła ramionami. Zupełnie nie dostrzegała niczego złego w swoim postępowaniu.
Bastian to co innego, coś zupełnie innego – trwała przy swoim Cyntia. – Ale jak się dowiesz co to jest ta miłość grecka i irlandzka, to od razu mi wszystko opowiesz. Nie zapomnij o mnie – paplała i nawet nie zauważyła jak wujaszek Damian znalazł się przy jej boku.
A gdzież ty usłyszałaś takie bezeceństwa? – zagadnął ukochaną bratanice.
Cyntii aż zatrzęsły się dłonie na brzmienie głosu wujka. Odłożyła drżącymi rękoma filiżankę na stolik i uśmiechnęła się niewinnie.
W romansie przeczytałam, wujku.
W romansie, powiadasz? – dopytywał i zajął miejsce bliżej Julii. Uznał w myślach, że jesienna pogoda nie sprzyja spożywaniu posiłków w ogrodzie, ale nie chciał się sprzeczać z dwiema kobietami i ich kaprysami. – To cóż ty za bezbożne romanse czytujesz? – powrócił do poprzedniego tematu. – Ja to chyba powinienem poinformować o tym twego męża, Aniołeczku.
Nie! Tylko nie Hektora! – krzyknęła i ledwie powstrzymała się przed wstaniem. W przypływie zdenerwowania potrąciła dłonią filiżankę, ta przewaliła się, zadźwięczała o spodek, a herbata się wylała.
Nie dziwię się, że tak reagujesz. Twój mąż, to taki bogobojny, prawy i przyzwoity mężczyzna, iż z pewnością spaliłby te wszystkie twe niegrzeczne romanse na stosie, tak jak w średniowieczu wiedźmy palili.
Albo i mnie rzuciłby na ten stos, gdybyś mu doniósł, ale zapewniam cię, że nie za sprawą swej przyzwoitości, by tak uczynił – dodała w myślach, a na jej policzkach wystąpiły dwa duże i naprawdę barwne rumieńce.
W kominku, to by te tomiska z pewnością wylądowały – kontynuował wujaszek Damian i zapewne mówiłby jeszcze długo, gdyby Julia mu nie przerwała.
Skoro już weszliśmy na tak bezbożny temat bezeceństw, to chciałabym wiedzieć, co w tym temacie jest takiego bezbożnego? Cyntia zapewne chciałaby wiedzieć to samo, więc mógłby nas wujaszek uświadomić. – Położyła dłoń na dłoni wuja, uśmiechnęła się uroczo i zapewniła puszczając oczko – nasi mężowie się nie dowiedzą.
No dobrze, dobrze. – Zabrał dłoń spod jej, splótł obydwie w koszyczek i rozsiadając się wygodniej, położył je na swoim brzuchu. – Miłość grecka często jest mylona z miłością irlandzką, moje drogie. Grecka to między uda... – W tym momencie Julia już chciała zapytać co między uda?, ale wzrok wujaszka spuszczony na własny rozporek był bardzo konkretną odpowiedzią na niewypowiedziane pytanie.
A irlandzka? – dopytywała Cyntia, czując, że zaraz pod wpływem wstydu ziemia się pod nią rozstąpi, a ona się w niej zapadnie.
W pupkę – odpowiedział wielce z siebie zadowolony i uśmiechnięty od ucha do ucha. Potem powiedział, że bardzo się cieszy, iż mógł pomóc swym bratanicom. Wstał, zasunął po sobie fotel wiklinowy i odszedł, a siostry patrzyły na siebie dłuższą chwilę w błogim milczeniu.
W końcu to Julia przemówiła jako pierwsza:
Skąd ty wyniosłaś takie rzeczy?
Nie pytaj – odparła poważnie, niezadowolonym tonem Cyntia. – Za moment przyjdę. Poczekajcie na mnie z mamą.

Pani Rodrigez niemal od razu udała się do sypialni, gdzie na łóżku siedział Hektor i przeglądał jakieś dokumenty, a obok niego leżał Marselek, otoczony kilkoma nowymi zabawkami wykonanymi z drewna. Niemal każda z nich grzechotała.
Jeszcze nie poszłyście? – zapytał, podnosząc wzrok na żonę. Ziewnął pod wpływem zmęczenia.
Nie odpowiedziała na zadane pytanie, a od razu przeszła do sedna:
Nigdy nie będziemy uprawiali miłości greckiej czy irlandzkiej, czy innych cuda wianków, które przytargałeś do naszego małżeństwa, Bóg jeden wie skąd...
Zapewniam cię Cyntio, że Bóg miał z tym najmniej w spólnego – przemówił wstając. – Właściwie, to Bóg nie miał tu nic do rzeczy. – Wyminął Cyntię i odłożył dokumenty na komodę.
Też tak właśnie myślę – warknęła.
Uspokój się Cyntio i powiedz mi lepiej, kto cię tym razem uświadamiał, bo Bastian już był i skoro on nie posiadał wiedzy, to...
Wujek Damian – przerwała i odwróciła się przodem do męża, który stał niczym karczmiany rzezimieszek, z łokciami wpartymi o wysoką komodę.
Czemu mnie to nie dziwi? – zapytał samego siebie.
Tak w ogóle, to mogłeś mi sam o wszystkim powiedzieć! Przez ciebie się... wygłupiłam się!
Testowałem twą cierpliwość, cariño. Ty z moją czynisz tak nieustannie.
Co czynię? – zapytała, zbita z pantałyku.
Testujesz mą cierpliwość.
Zmieniłeś temat!
Wcale nie, tylko dołożyłem do niego jeszcze jeden wątek. – Wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic i dodał – miałaś nie wynosić niczego z naszej sypialni.
To było wyniesione z gabinetu! – przypomniała krzykiem.
Z gabinetu także prosiłem byś niczego nie wynosiła.
Ale to już było po tamtej rozmowie. O tych bezeceństwach rozmawialiśmy, zanim wydałeś swój śmieszny zakaz. Żadne prawo nie działa wstecz, Hektorze Rodrigezie.
Dobry argument – pochwalił i sięgnął po drinka. Napił się, jakby tym sposobem chciał sam dać sobie czas na jakieś delikatne wyjaśnienie tematów, które Cyntia właśnie nazwała bezeceństwami.
Nieważne. – Pokręciła głową, jakby nią otrząsała z wody po deszczu. Wzięła torebeczkę z wieszaka i zapowiedziała – Idę się pomodlić za twą duszę, mężu. Sam też powinieneś to zrobić.
I myślisz, iż takiemu bezbożnikowi jak ja jeszcze modlitwa da radę pomóc? – zapytał, zbliżając się do niej.
Nie kpij – syknęła i już chciała wyjść, gdy Hektor zastąpił jej drogę i przywarł plecami do drzwi.
Cokolwiek teraz o mnie myślisz, schowaj głęboko do kieszonki w torebeczce i usłysz co mówię, a mówię, że nieważne co robiłem i co bym chciał z tobą robić, w życiu do niczego bym cię nie zmusił. – Odstąpił od drzwi, a gdy chwyciła za klamkę, jeszcze usłyszała – poczekałbym aż sama zechcesz to ze mną zrobić.
Nigdy nie zechcę! – warknęła, otwierając drzwi.
Zechcesz, zechcesz, już ja się o to postaram – powiedział jakby sam do siebie, zresztą nikogo innego, poza Marselem leżącym na łóżku, nie było już w pokoju. – Poza tym modlitwa nic nie da, mej duszy już nic nie pomoże – dopowiedział i wychylił szklankę whisky do dna.

Zapraszam także do kolejnego postu  Rozdział 22: Nowy lokaj

13 komentarzy:

  1. Hejo! :3
    Wow. Ten rozdział był wybitnie długi. Naprawdę.
    Może na początku taki fragmencik:
    ,,– Skąd ty wyniosłaś takie rzeczy?
    – Nie pytaj – odparła poważnie, niezadowolonym tonem Cyntia. – Za moment przyjdę. Poczekajcie na mnie z mamą.’’
    O jejku. Nawet nie wiesz, jak zaczęłam się śmiać xD To było... mocne :D :D :D
    Współczuję Hektorowi. Miał koszmarne dzieciństwo. Teraz dręczą go te sny. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak człowiek się czuje. Przecież to trauma do końca życia. Nie rozumiem, jak jego mama mogła być z kimś takim. Zgaduję, że bała się od niego odejść. Po nim pewnie można było się spodziewać wszystkiego.
    Czy mi się wydaje, czy Hektor rzeczywiście nie znosi być poniżany? xD
    Hm. Małe dzieci potrafią być denerwujące, bo jak płaczą i nie chcą przestać, to rzeczywiście nie można wytrzymać, ale trzeba też popatrzeć na to, że to małe dzieci. Trochę dziwne, że Marsel uspakaja się dopiero przy Hektorze i Charlim. Cyntia to jego matka... Ale ona też była zdenerwowana :/
    Ech. Nie wiem, co mam jeszcze napisać. Rozdział jak zawsze podobał mi się ;)
    Czekam na nn! Potopu weny twórczej życzę! Pozdrawiam cieplutko! :***
    Maggie

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy tylko mi się wydaje, czy Cyntia za dużo pali, biednego Marselka truje. Ona w ogóle nie lubi się nim zajmować, chwilami mam wrażenie, że zachowuje się, jakby ją wielka kara spotykała, bo własnym synkiem musi się zajmować. Mały to wyczuwa i płacze przy niej, Hektor zajmuje się nim z sercem i mały przy nim rzadko płacze. Nie spodobało mi się, jak Cyntia warczała na Marselka, żeby przestał się drzeć, zostawiła go i poszła sobie palić, musiał okropnie płakać, że aż Charlie go usłyszał i przyszedł . Spodobało mi się jak Charlie uciął sobie z nią pogawędkę, Cyntii była oburzona, ale uważam, że Charlie miał rację, Marselek nie jest niczemu winien, jeśli ma kogoś winić, to siebie samą.
    Jeszcze była tak niedelikatna, że zrobiła synkowi siniaki na rączce, gdyby Hektor się dowiedział, że to ona, to by jej się od niego oberwało, przynajmniej był szczery, nie ukrywał, że mały jest dla niego ważniejszy nawet od żony.
    Spodobało mi się, jak Hektor postanowił wprowadzić Cyntię w nieznany jej świat seksu i doznań, a Cyntia i by chciała tego wszystkiego, nowego, nieznanego, ale się boi. I podoba jej się i nie, sama nie wie czego chce. Ja nadal nie rozumiem, czemu ona się wstydzi własnego męża, ale może ja dziwna jestem.
    Biedna przestraszyła się w końcu, chyba za dużo doznań jak dla niej na początek było. A Hektor zamiast pogadać z żoną to poszedł pić do Charliego, chociaż może za surowo go oceniam, zrobiło mu się głupio, że Cyntia się go bała.
    Szkoda mi Hektora te jego wspomnienia, koszmary są okropne, dorosły mężczyzna, tak dawno to wszystko się wydarzyło, a cały czas do niego powraca i nie daje mu spokoju. Jego ojczym to był zwykły sadysta, jak można tak znęcać się nad dziećmi i żoną, okropność. Biedny Hektor, nie potrafił się odciąć od tego. Gdyby nie Charlie, który go obronił to Prevost pewnie by go zakatował.
    Zdaje się, że Cyntii spodobała się miłość francuska, nabrała ochoty na nowe doznania, a chyba przede wszystkim odwagi. Niby się wstydzi, ale ciekawość ją zżera, a niedobry Hektorek nie chce jej wyjaśnić, co to jest ta miłość grecka i irlandzka.
    Ale od czego są starsze siostry, jak nie po to, żeby wyjaśnić młodszym . Nie mogłam przestać się śmiać jak czytałam rozmowę Cyntii i Julii, a później jak Julia musztrowała Bastka. A Bastek jak to on, oryginał jeden, jest nie do podrobienia, żona pomachała mu przed nosem własnym ciałem i gotowy na wszystko. Jak to pięknie wraca do tego, kto ten temat zaczął, do Hektora. Jak głuchy telefon, Hektor do Cyntii, Cyntia do Julki, Julka do Bastka , a ten do Hektora, są niesamowici.
    Hektor domyślił się, że to ciekawska żonka rozpętała tą całą „zabawę”. Wujek Damian też mnie rozbawił, wyłożył szybko i dosadnie na czym to polega, wyobraziłam sobie minę Cyntii jak usłyszała, że miłość irlandzka to w pupkę. A fuj, a ble, ona tak nie chce.
    Cyntia mnie rozwaliła, jak poleciała do Hektora i nigdy nie będziemy uprawiać czy irlandzkiej, czy greckiej miłości, bo jej się pomyliły nazwy, jeszcze pomodli się za bezbożną dusze męża, ha ha, ale jemu to już żadna modlitwa nie pomoże.
    Hektorek na koniec też mnie rozwalił nigdy bym nie zmuszał, ale bym poczekał aż sama będziesz chciała. Jaki pewny siebie, ale on ma rację, ciekawość zwycięży. Cyntia tak naprawdę jest rządna nowych wrażeń i podniet i w końcu sama zechce spróbować, nawet jak to będzie w pupkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba zaczynam żałować, że Cyntia nie cierpi na bezpłodność. Fakt nie chciała tego dziecka, ale to nie powód by się na nim wyżywać. Ona do tego biednego chłopca żadnych matczynych uczuć nie żywi. Dobrze, że chłopiec ma Hektora. Nie dziwię się, że facet się wkurzył gdy zobaczył to zasinienie, w obecnej sytuacji większa liczba dzieci raczej nie jest dobrym pomysłem.
    Charlie mnie rozbawił swoim tłumaczeniem gdy przyszedł z tą okropnie drogą sukienką. Niech Hektor się nie załamuje, stać go ,a jak dzięki temu zaplusował w oczach Cynti. Moim zdaniem niepotrzebnie się jej czepia, że wynosi tematy z ich sypialni czy też ICH gabinetu ( Miło z jego strony, że do prezentu w postaci sukienki i kapelusza dołączył gabinet XD ) Gdyby od razu powiedział jej co to te dwa rodzaje miłości nie byłoby sprawy.
    Jednak muszę przyznać, że to śledztwo Cynti, a potem także Julki pt. ,,co to miłość grecka i irlandzka " mega mnie rozbawiło. W sumie zdziwiłam się, że nawet Bastek nie wiedział, po nim bym się raczej spodziewała szerokiej wiedzy z tego zakresu.
    Hektor ma rację, może teraz Cyntia nie chcę uprawiać żadnej z tych miłości, ale z czasem.... przy Hektorze... na pewno prędzej czy później będzie chciała.

    Co do wspomnień Hekta to bardzo mi go szkoda, nikt nie zasługuje na takie traktowanie, a już na pewno nie mały chłopiec. W sumie to jestem pod wrażeniem, że był taki twardy będąc tak młodym chłopcem i nieustannie się stawiał. Pytanie tylko czy była to odwaga czy głupota?

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam większość na komórce, dlatego nie wypisuję błędów. A było ich trochę, dlatego wypadałoby przejrzeć tekst jeszcze raz :)
    Zabawny był ten rozdział, a szczególnie moment kiedy ciekawska Cyntia chciała dowiedzieć się czym jest tytułowa miłość, a dokładniej dwie miłości. Bardzo rozśmieszył mnie Bastian, wydaje mi się, że on dla Julii zrobiłby wszystko.
    Szkoda, że Cyntia traktuje Marselka w ten sposób - niby jest dobrą matką, ale głównie na pokaz. Wydaje mi się, że nie dorosła ona jeszcze do bycia matką i w tym cały problem :( Myślę, że może być również tak jak jej to wyrzucił Charlie - zrzuca na dziecko swoje błędy. Mam nadzieję, że wyrośnie z tego bo nie chciałabym aby w przyszłości była drugą Martą Montenegro.
    Przykre miał Hektor dzieciństwo, żal mi go. Dobrze, że Charlie go bronił. Widać, że traktuje go niemal jak syna :)
    Bardzo ciekawy rozdział. Jak tylko znajdę chwilę przeczytam kolejny.
    Pozdrawiam

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Tyle zachodu całej rodziny o cztery słowa. Ciekawie :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Widać, że Cyntia nie dorosła do macierzyństwa. A może to wina tych machlojek wszelakich? Może gdyby tak nie kombinowała, teraz nie obwiniałaby o wszystko niewinnego dzieciaka? Przecież to aż okrutne jak ona go traktuje. Nie wina dziecka, że matka była aż tak bezmyślna i zakłamana. W tym przypadku cieszę się, że jednak Hektor jest i ma tak silnie rozbudowany instynkt ojcowski. On nie powoli zrobić krzywdy małemu. I Bogu dzięki!
    Rozbawiło mnie to prywatne śledztwo, które urządziła Cyntia i wmieszała w nie całą rodzinę. Najbardziej szkoda mi Bastiana. Oj, wygłupił się chłopak odrobinę. Ale tylko trochę. Nie tak jak Cyntia, co to ciekawości nie potrafi zaspokoić, a boi się i ucieka. W sumie bawi mnie ta jej niby niewinność. Bo niby się opiera, a nieślubne dziecko bocian przyniósł?
    No, ale dobrze, że jest wujaszek, który dziewczyną wszystko wyjaśnił. Ubawiłam się przy tym fragmencie, nie ma co :)
    Przykra jest historia Hektora. Nie powinnam mu chyba współczuć, bo nie zachowuje się odpowiednie, ale w jakimś stopniu to nie jego wina. Gdyby nie Charlie to nie wiem, czy Hektor by przeżył tamten okres.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opieranie Cyntii nie jest spowodowane jej niewinnością, a wstydliwością. Hektor to nie jest William. Jest starszy, bardziej doświadczony i nie zna go od dziecka, więc wstyd jest czymś normalnym. Przy Willu wstydu nie odczuwała, bo jako maluchy kąpali się na golasa w stawie. Hektor więc Cyntię onieśmiela, peszy...krępuje. Nie wiem czy wiesz o co mi chodzi? Poza tym Hektor w łóżku wymaga czegoś więcej niż "włożyć i wyjąć".
      Bastuś to taki biedulek co go Julia na przeszpiegi i na tak zwany "pierwszy ogień" zawsze wysyła.
      Cyntia i Marsel... oj, tu temat byłby szeroki jak równik, głeboki jak morze i długi jak prędkość światła. Ona kocha to dziecko, na swój sposób kocha, ale... właśnie pozostaje to ale...
      Dziękuję za komentarz. Idę odpowiedzieć na kolejny.

      Usuń
  7. He, he, he.
    Rzeczywiście ten rozdział to jakiś tasiemiec, można by go podzielić na dwa, bo pierwsza połowa odbiega klimatem od tej drugiej, ale to nic. Czytało mi się lekko i płynnie.
    Jaka szkoda, że te zabawy z zawiązanymi oczami nie wypaliły! Ech... To mogłoby być fajne. Mam nadzieję, że z Cyntii w końcu wylezie ta niegrzeczna strona. A jej podejście do Marsela jest... hm... dziwne. No jednak nie pali się przy dziecku, no. Ja rozumiem zmęczenie, irytacje itp, ale mogłaby palić gdzie indziej. I właściwie to czemu ona go posiniaczyła? Musiała naprawdę mocno go ścisnąć, a to aż dziwne.
    Ci dwaj detektywi to się nadają do W11, tacy sa sprytni. Ciekawe czy William poszedł na wódkę topić smutki, czy wręcz przeciwnie, zabawiać się? Bo ja na jego miejscu chyba to pierwsze, ale w sumie ta Cyntia to jakiś wypłosz. Moim zdaniem ona za dużo krzyczy i zadaje za dużo głupich pytań, wolę jej dojrzalszą wersję. A Bastian jest zabawnym mężem, chociaż może i za dużo gra i chleje, ale przy tym jest taki ujmujący XD Najmniej ze wszystkich Twoich bohaterów wiem o zachowaniu Julii - właściwie nic o niej nie powiem, jest mało wyrazista. Chociaż można by powiedzieć, że traktuje męża trochę chłodniej niż on ją. A to jest takie urokliwe.
    Najbardziej w rozdziale podobał mi się ten sen Hektora, był taki... wciągający, emocjonujący i smutny. A mały Hektor niesamowicie mnie ujął tekstem o "pierdolonej środzie", no boskie to było :D
    Ale jak on mógł powiedzieć Cyntii, że wybrałby syna zamiast niej?! Ja nie mogę! Jak można mówić takie rzeczy? To jak mówienie którego rodzica się bardziej kocha, albo które dziecko. Przecież to było podłe i mnie by uraziło bardziej niż Cyntię. Nawet jeśli Hektor rzeczywiście tak myślał, no to sorry, takich rzeczy się nie mówi, bo to przykre.
    Czyli oni uprawiali tą miłość francuską, czy nie, bo już nie wiem? XD chyba tak? O hiszpańskiej wiedziałam, o francuskiej też, ale o tych dwóch pozostałych nie słyszałam, więc cały rozdział byłam ciekawa jakie to miłości i nie sprawdzałam w necie. Grecka mnie zaskoczyła - to w ogóle jest fajne? Nie wnikam.
    Mnie też rozbawił rodzinny głuchy telefon. I ta bezpośredniość Bastiana... hah, od początku go lubiłam.
    Z tą sukienką to się dobrze w sumie złożyło, może nie dla portfela Hektora, ale dla jego wizerunku kochającego męża i dla Cyntii. Charlie jak kupidyn posłał ich ku sobie.
    Achh małżeństwo tych dwojga jest bardzo ciekawe i takie spokojne klimaty bardzo fajnie Ci wychodzą.
    "odległy kont" - kąt. Konto to można mieć w banku.
    "zrobić łyk" - wziąć.
    Rozdział tak długi, że już nie pamiętam co w nim było, wybacz, że tak krótko, ale nie mogę pozbierać myśli - podoba mi się coraz bardziej, to na pewno. Postacie są wspaniale wykreowane, tylko nad Julią można by popracować.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Z całego opowiadania najbardziej lubię wujaszka i Marcela za to nie mogę zdzierżyć Cyntii jej głupota i egoizm mnie przeraża. Ja rozumiem, że jest młodziutka i rozpuszczona ale ma dziecko i niech poniesie konsekwencje swego rozkładania ud a nie wyżywa sie na Bogu winnemu dziecku. Ona nie myśli o niczym i nikim innym jak o sobie. Mogla by zmądrzeć troszkę ale patrząc na to jaki bd Marsel nie sadze, ze to zrobi. Przydałoby się jej pokazać jak żyją inni ludzie i, ze ona powinna szanować to co ma i nie zachowywać się jak rasowa suka.

    OdpowiedzUsuń
  9. xD

    Cały rozdział sprawił, że śmiałam się do rozpuku :D

    Najpierw akcja z tą miłością francuską, potem dopytywanie się Bastiana i na koniec wujaszek, który ładnie wszystko dziewczętom wyjaśnia! :D

    Bosko :D

    Wracając jednak do zachowania Cyntii, jako matki, to ona przesadza z tym paleniem i w dodatku jeszcze przy dziecku. Ma ona chociaż odrobinę rozumu? Czy aktualnie myśli tylko i wyłącznie o amorach z mężem?
    Jakby akcja działa się w XXI wieku, to pomyślałabym, że za dużo Greya się naczytała :P

    Hektor nadal w moich oczach to potwór i wątpię, aby się to zmieniło.
    Sny, snami i tragiczna przeszłość tragiczną przeszłością... Do diaska - czasami warto udać się do psychologa i po sprawie...
    No dobra, może w czasach kiedy oni żyli takiej osoby nie było, ale chociażby duchowny, albo coś?

    Ehhhh... ;/

    Charlie wyniuchał nieślubnego Marcela, co? :D

    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  10. Cyntia jest okropną matką. Rozumiem, że przez własną głupotę zaszła w ciążę przed ślubem, ale co to dziecko winne? Głupia małolata.

    Czy dla Willa byłaby inna? Ciekawe.

    Nie wiem czy w obecnej sytuacji jest ktoś kogo lubię w tym opowiadaniu. Wszyscy są zgorszeni. Mają swoje wyższe cele i dążą do nich po trupach najczęściej.

    Cyn tylko amory w głowie, dzieckiem by się zajęła, wyrodna matka. Rozkapryszona pannica, wróć mężatka. Denerwuje mnie jej zachowanie. Hektor musi jej pokazać gdzie jest jej miejsce.

    Hektor ma twardy charakter, nie znosi sprzeciwu, nie nadają się jako para. Jak wcześniej po miesiącu miodowym Cyn potrafiła go ugłaskać, tak teraz coraz gorzej jej to wychodzi.
    weny :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiedziałam, że leżę z komentarzami, ale że aż tak, to nie. Nic dziwnego że focha w powietrzu od Ciebie czuję :)
    Lubię przekomarzanki Hektora i Cyntii. Z takim Hektorem i jego elementami zaskoczenia, to ja bym się dogadała. Ale tylko wtedy, bo w innych przypadkach, to już Ci nawet mówiłam, że nic by nie robił, tylko mnie lał, i co mu się dziwić. Chociaż Cyntia w wielu przypadkach też dowala…
    Akcja z krawatem – Cyntia jest jeszcze taka niewinna, taka diametralnie różna od tej późniejszej Cyntii w piwnicy. Po części te niewinność lubię, po części nie(no bo to, że Hektor nie może spojrzeć na nią nagą, to już mnie wkurza, co dopiero jego. Ale dam jej jeszcze chwilę). Chyba wolę te późniejszą Cyntię, choć momentami mi zajeżdża Martą(ale Marte, choć jest okropna, to też lubię nawet). A teraz Hektor się naprawdę pospieszył. Spojrzeć na nią dalej nie może bez ubrań, co dopiero w taki sposób pieścić. Ciekawa jestem, kiedy ta Cyntia się w końcu zacznie przełamywać.
    Spodziewałam się, że w pijanym Hektorze się zaraz agresja narodzi i naprawdę tej Cyntii coś zrobił. Tymczasem on ją przepraszał i tłumaczył… No nie spodziewałam się tego. Ale ja wiem, że on jest w środku delikatny bardzo i kochany, i po prostu po alkoholu mu się to widocznie załączyło. Ale mimo to, ode mnie to by zebrał ładnie.
    Lubię Charliego i chyba będę to zawsze powtarzać. Przypadł mi do gustu niemal jak Hektor i Bastek. Zastrzelił mnie tym, co powiedział do Cyntii. Nie tylko mnie zresztą. Ale może to i dobrze, że Cyntia teraz wie, że ktoś głupi nie jest i nie wszystkich nabrała, bo będzie się może bardziej w ryzach trzymała.
    Chociaż już czytałam sen Hektora wcześniej, to znowu mnie zmroził. Przepadam za Hektorkiem za bardzo, żeby czytać, co mu się biednemu działo, jak był malutki. Strasznie mu współczuję tego, i pewnie dlatego mu wiele wybaczam i przymykam oko.
    Na miejscu Cyntii przyznałabym się do szarpnięcia dzieckiem i od razu z konsekwencjami wolała się spotkać, niż żeby Hektor sam miał się dowiedzieć. Swoją drogą, biedny Marselek, nic dziwnego, że tak płakał, jak mu sińców narobiła.
    Śmieszy mnie zdesperowana Cyntia, która wciąga siostrę w dowiadywanie się o tych miłościach. A Bastek od razu do Hektorka, i wszystko się wydało. Tego dziewczyna nie przemyślała.
    Charlie, Cyntia i sukienki ze złotymi nićmi mnie rozbroili. Nawet nie chcę wiedzieć, ile Charlie zarabia przez te trzy i pół miesiąca. Ale Hektor i tak zapłaci… Aż jestem w szoku, bo myślałam, ze z kwitkiem odeśle. Tak kosztowne prezenty bez żadnego większego powodu. A co do jej reakcji na tłumaczenie Damiana, to padłam, bo taka była biedna przelękniona, że co ten obłudny Hektor sobie wymyślił. Aż trudno uwierzyć że teraz i później, to jedna i ta sama postać.

    OdpowiedzUsuń
  12. Może wreszcie wypadałoby zostawić po sobie jakiś ślad? Bo ja tutaj ciągle jestem, wpadam co jakiś czas i czytam, tylko ostatnio nie komentuję. A to dlatego, że po przeczytaniu kolejnych rozdziałów to ja mam więcej pytań, niż czegoś konkretnego, co mogłabym napisać. Jednakod czasu do czasu trzeba coś napisać :-)

    Cyntia jako matka raczej się nie sprawdza. Opieką nad dzieckiem to już lepiej Hektor niech się zajmuje. Oboje stanowczo za dużo palą w obecności małego. Hektor niech nie opiernicza żony, bo sam nie jest w tym lepszy.
    Oni oboje jako jako małżeństwo w ogóle mnie..... osłabiają. Cyntia ciągle się obraża, ale też od razu wybacza wszystko mężowi. Cieszy się jak dziecko jakimiś prezencikami. Pomińmy już fakt, że były cholernie drogie. Choć chyba dobrze jest się tak cieszyć z podarku, czego ja nidy nie potrafiłam. Cieszę się jakoś tak w sobie, a czasem dobrze jednak jest to okazać.
    Wracając do ich małżeństwa. Irytuje mnie to ciągłe wypominanie sobie i przypominanie, że: jesteś moją żoną, jesteś moim mężem, więc to, tamto....Czasem jest to uzasadnione, ale niekiedy przesadzają z tym. Zwłaszcza Hektor.
    Zabawne, że Cyntia dopiero teraz zauważyła, że jej maż ma u stóp zrośnięte dwa palce. Niby to taki szczególl, ale są już ze sobą trochę. Pewnie to wynika z tego,'że skoro ona sama wstydzi się swoego ciała przed mężem, to może i wstydzi się patrzeć na jego ciało. Powinna już sobie darować ten wstyd, nie pierwszy raz się przed Hektorem obnaża.
    Śmieszna sprawa też z tą miłością grecką i irlandzką. Ach, ten wujaszek Damian okazał się taki wyedukowany we wszelkich bezeceństwach. A Cyntia taka oburzona, a wcześniej ciekawość ją zżerała :-)
    Cyntia niech też lepiej uważa, bojuż jeden Carlie okazał się być bystry i z łatwością domyślił się prawdy o Marselu i o tym kto jest albo kto na pewno nie jest jego ojcem.
    Jeśli nadal mam mieszane uczucia co do Hektora, to muszę przyznać, że jego koszmary sprawiły, że szczerze mu wpółczuję.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Czytam = Komentuję

Anonimowi – podpisujcie się!


Zapraszam was na swój blog autorski, gdzie znajduje się więcej informacji jak i opowiadań, oraz linków do nich: http://dariusz-tychon.blogspot.com/